Pewnie widziałeś to dziesiątki razy. Na stronie o zdrowiu, w artykule lifestylowym, w poście na grupie dla miłośników zwierząt. "Badania wykazały, że…", "według naukowców…", "eksperci potwierdzają…". Brzmi solidnie. Brzmi jak nauka. Problem w tym, że bardzo często nie ma pod tym nic, co czytelnik mógłby łatwo sprawdzić - żadnego linku, żadnego nazwiska autorów, żadnego numeru DOI, żadnego tytułu artykułu. Jest za to autorytet bez adresu. To nie jest przypadkowe niedopatrzenie. To mechanizm.
Skąd bierze się ten mechanizm?
Żeby zrozumieć, dlaczego tak wiele popularnych artykułów powołuje się na nieistniejące lub niesprawdzalne badania, trzeba prześledzić, jak informacja naukowa trafia do odbiorcy. Oryginalna praca badawcza publikowana jest w recenzowanym czasopiśmie - ma autorów, afiliacje, metodykę, ograniczenia, spis literatury. Potem uczelnia lub instytut wydaje komunikat prasowy. Potem dziennikarz czyta komunikat prasowy i pisze artykuł. Potem ktoś czyta artykuł i streszcza go w poście. Na każdym z tych etapów informacja może zostać uproszczona, wyolbrzymiona lub zupełnie oderwana od swojego źródła.Zespół Petroca Sumnera z Uniwersytetu Cardiff przyjrzał się temu procesowi bardzo szczegółowo, analizując setki komunikatów prasowych uczelni brytyjskich i powiązanych z nimi artykułów prasowych. Wyniki dobrze pokazują skalę problemu: 40% komunikatów zawierało przesadzone twierdzenia dotyczące zaleceń dla czytelnika, 33% wyolbrzymiało związki przyczynowo-skutkowe, a 36% rozszerzało wnioski z badań na zwierzętach na człowieka bez odpowiednich zastrzeżeń. Co ważne, gdy komunikat prasowy zawierał przesadę, artykuły prasowe często ją powielały: w 58% przypadków dla przesadzonych zaleceń, w 81% dla wyolbrzymionych związków przyczynowo-skutkowych i w 86% dla przenoszenia na ludzi wniosków z badań prowadzonych na zwierzętach lub komórkach 1. Późniejsza replikacja pokazała, że problem nie zniknął, choć wyniki były bardziej złożone: związek między przesadą w komunikatach prasowych a przesadą w newsach potwierdzono dla twierdzeń przyczynowo-skutkowych, ale nie dla przesadzonych zaleceń 2.
Inaczej mówiąc: winę za przesadzone nagłówki naukowe ponosi nie tylko prasa. Zaczyna się znacznie wcześniej, nierzadko w murach samych uczelni.
"Według badań" zamiast adresu
Kiedy autor artykułu popularnonaukowego pisze "badania pokazują, że kawa wydłuża życie", wyobraź sobie, co tak naprawdę może mieć na myśli. Może chodzić o jedno badanie obserwacyjne na stu uczestnikach. Może o meta-analizę dwustu prób klinicznych. Może o komunikat prasowy ze skromnego sympozjum branżowego. A może o absolutnie nic - czyli o powołanie się na mglistą pamięć czegoś, co gdzieś kiedyś było wspomniane.Fraza "według badań" jest wyjątkowo wygodna właśnie dlatego, że jest niefalsyfikowalna. Nie możesz sprawdzić badania, które nie ma nazwy. Nie możesz ocenić metodyki, której nie podano. Nie możesz zweryfikować próby badawczej, miejsca publikacji ani tego, czy praca przeszła recenzję naukową. Odbiorca jest skazany na zaufanie.
To jest problem potwierdzony empirycznie. Badania nad komunikacją naukową pokazują też, że część dziennikarzy, oceniając wiarygodność badań, opiera się na pośrednich wskaźnikach prestiżu - liczbie cytowań, impact factor, renomie czasopisma, autorów lub instytucji - zamiast na pełnej, samodzielnej ocenie metodyki. W praktyce "naukowość" tekstu bywa więc oceniana nie po jakości metod, próbie badawczej czy ograniczeniach pracy, ale po tym, jak prestiżowo wygląda publikacja 3. Kiedy więc artykuł nie podaje nawet tyle, cały krytycyzm odpada.
Instytut Pozorów Naukowych i inni przyjaciele
Osobna kategoria to twory, które wyglądają jak instytucje naukowe, ale nimi nie są. W anglosaskim świecie rozwinął się cały przemysł tak zwanych predatory journals - pism, które pobierają opłaty od autorów i publikują właściwie wszystko bez rzetelnej recenzji naukowej, podszywając się pod legitymowane czasopisma 4. Ich tytuły brzmią poważnie, mają strony internetowe z listą redaktorów i podają numery ISSN. Brakuje im jednego: naukowej wiarygodności.Problem ten wykracza poza margines. Publikowanie w czasopismach drapieżniczych jest na tyle powszechne, że bywa omawiane jako zagrożenie dla integralności nauki, zwłaszcza wtedy, gdy pisma te podszywają się pod normalne czasopisma naukowe, oferując fikcyjną albo skrajnie nierzetelną recenzję 4. Kiedy artykuł popularny powołuje się na "badania opublikowane w International Journal of Holistic Health Research" bez podania DOI, autorów ani danych publikacji, nie wiadomo, czy chodzi o realne, recenzowane czasopismo, czy o twór powołany głównie po to, żeby nadawać pozory naukowości dowolnej tezie.
Ale drapieżnicze pisma to tylko jeden wariant problemu. Drugi, jeszcze bardziej podstawowy, to po prostu wymyślanie cytatów. W środowisku naukowym udokumentowano przypadki tak zwanych phantom citations - cytowań prac, które nigdy nie istniały. Pieter Kroonenberg z Uniwersytetu Leiden zwrócił uwagę na przypadek fikcyjnej pozycji bibliograficznej, stworzonej przez Elseviera jedynie jako przykład formatowania przypisów, która zaczęła żyć własnym życiem i została zacytowana w setkach prac naukowych indeksowanych w Web of Science 5. Autorzy ci zapewne nigdy nie czytali cytowanej pozycji - skopiowali referencję z szablonu albo z cudzej bibliografii.
Kiedy prawdziwe badanie mówi cudzym głosem
Jest jeszcze jeden wariant, szczególnie zdradliwy: prawdziwe badanie użyte do poparcia tezy, której ono wcale nie potwierdza. To sytuacja, w której autor rzeczywiście podaje publikację, czasem nawet z DOI, ale wyciąga z niej wnioski dalej idące niż sami autorzy pracy. Badanie obserwacyjne zaczyna nagle "udowadniać" przyczynę, wynik uzyskany na małej grupie zostaje przedstawiony jako uniwersalna zasada, eksperyment na komórkach staje się poradą zdrowotną dla ludzi, a ostrożne "może mieć związek" zamienia się w kategoryczne "powoduje". Formalnie źródło istnieje. Problem w tym, że nie mówi tego, co popularny tekst próbuje mu włożyć w usta.Osobnym problemem jest selektywne i zwodnicze cytowanie prawdziwych prac - takie dobieranie źródeł, które buduje pozór naukowego konsensusu tam, gdzie w rzeczywistości istnieje spór albo znacznie bardziej złożony obraz 7.
W tekstach popularnych bariera jest jeszcze niższa. Nikt nie sprawdza. Nikt nie wymaga listy źródeł. Można napisać "badania pokazują" i nie grozi z tego powodu absolutnie nic.
Dlaczego czytelnicy wierzą?
Socjologia i psychologia poznawcza dają tu kilka odpowiedzi. Pierwsza to heurystyka autorytetu - mózg oszczędza zasoby poznawcze, skracając drogę: jeśli ktoś mówi "nauka mówi", zakładamy, że ktoś to sprawdził. Druga to iluzja precyzji: zaimki takie jak "badania" i "naukowcy" sprawiają wrażenie, że za twierdzeniem stoi coś konkretnego, nawet jeśli tak nie jest. Trzecia to efekt prawdziwości iluzorycznej - im częściej dana informacja jest powtarzana, tym bardziej wydaje się wiarygodna, niezależnie od tego, czy ma jakiekolwiek podstawy 6.Internet wzmacnia ten mechanizm do granic absurdu. Dla wielu osób pierwszym źródłem wiedzy nie jest dziś podręcznik, artykuł naukowy ani nawet porządny tekst popularnonaukowy, tylko media społecznościowe: post, rolka, krótki film, komentarz pod wpisem. A tam bardzo często nie wygrywa informacja najlepiej udokumentowana, tylko ta najczęściej powtórzona. Jeśli pod postem pojawia się kilkadziesiąt albo kilkaset komentarzy mówiących to samo, zaczyna to wyglądać jak społeczny dowód prawdy. "Wszyscy tak piszą", więc pewnie coś w tym jest. Problem w tym, że sto osób może powtórzyć ten sam błąd równie sprawnie jak jedną prawdziwą informację. W ten sposób komentarze zaczynają udawać bibliografię, a liczba powtórzeń zastępuje jakość źródeł.
Mechanizmy te działają tym skuteczniej, że przeciętny czytelnik naprawdę nie ma narzędzi, żeby je neutralizować. Rozróżnianie badania randomizowanego od obserwacyjnego, korelacji od przyczynowości, metaanalizy od anegdoty - to wymaga znajomości podstaw metodologii, której szkoła zazwyczaj nie uczy. Laik, który słyszy "badania wykazały związek między X a Y", nie wie, że korelacja to nie to samo co przyczyna, że próba mogła liczyć czterdzieści osób, że finansowanie mogło pochodzić od producenta zainteresowanego wynikiem.
Autorzy tekstów popularnonaukowych często korzystają z tej asymetrii - czasem świadomie, a czasem po prostu dlatego, że sami powielają uproszczenia z komunikatu prasowego, który już wcześniej był uproszczeniem badania. Rzadziej chodzi o celowe oszustwo, częściej o bezrefleksyjne powielanie niepewności 12.
Co zrobić, kiedy artykuł nie podaje źródeł?
Odpowiedź jest prosta w teorii i irytująca w praktyce: należy potraktować takie twierdzenie jako niezweryfikowane - coś, co może, ale nie musi być prawdą. To tak samo, jak gdyby artykuł napisał "ktoś kiedyś powiedział, że…".Jeżeli twierdzenie jest istotne - dotyczy zdrowia, diety, zachowania zwierząt, decyzji życiowych - warto poszukać oryginalnego badania. Dobre narzędzia to PubMed (biomedycyna i nauki przyrodnicze), Google Scholar czy baza Scopus. Jeśli artykuł nie podaje nawet tematu badania ani nazwisk autorów, poszukiwania są z definicji utrudnione - i to już samo w sobie jest sygnałem ostrzegawczym.
Artykuł, który mówi "według badań" i nie podaje żadnego odesłania, nie jest artykułem naukowym. Jest artykułem, który pożycza sobie naukowy autorytet bez płacenia rachunku. Różnica jest dokładnie taka sama jak między lekarzem z dyplomem a kimś, kto mówi "mam dyplom" i nie pokazuje go nikomu.
Dobra nauka zostawia ślady. Ma DOI. Ma autorów. Ma rok publikacji. Ma tytuł czasopisma. Jeżeli tego nie ma - "według badań" to tylko dwa słowa.
Bibliografia
- Sumner P., Vivian-Griffiths S., Boivin J., Williams A., Venetis C.A., Davies A., Ogden J., Whelan L., Hughes B., Dalton B., Boy F., Chambers C.D., The association between exaggeration in health related science news and academic press releases: retrospective observational study, BMJ 2014; 349: g7015. DOI: 10.1136/bmj.g7015
- Bratton L., Adams R.C., Challenger A., Boivin J., Bott L., Chambers C.D., Sumner P., The association between exaggeration in health-related science news and academic press releases: a replication study, Wellcome Open Research 2019; 4: 139. DOI: 10.12688/wellcomeopenres.15486.2
- Fleerackers A., Moorhead L.L., Alperin J.P., Riedlinger M., Maggio L.A., From impact metrics and open science to communicating research: Journalists' awareness of academic controversies, PLOS ONE 2025; 20(1): e0309274. DOI: 10.1371/journal.pone.0309274
- Yeo-Teh N.S.L., Tang B.L., Wilfully submitting to and publishing in predatory journals - a covert form of research misconduct?, Biochemia Medica 2021; 31(3): 030201. DOI: 10.11613/BM.2021.030201
- Harzing A.W., The mystery of the phantom reference, Harzing.com, 2017. Opis przypadku fikcyjnej referencji z szablonu Elseviera, wskazanej przez Pietera Kroonenberga i odnotowanej setki razy w cytowaniach indeksowanych w Web of Science.
- Pennycook G., Cannon T.D., Rand D.G., Prior exposure increases perceived accuracy of fake news, Journal of Experimental Psychology: General 2018; 147(12): 1865-1880. DOI: 10.1037/xge0000465
- Beers A., Nguyễn S., Starbird K., West J.D., Spiro E.S., Selective and deceptive citation in the construction of dueling consensuses, Science Advances 2023; 9(38): eadh1933. DOI: 10.1126/sciadv.adh1933






0 komentarzy
Brak komentarzy
Masz coś do powiedzenia? W artykule jest błąd?
Zostaw komentarz
Twój głos naprawdę ma znaczenie.