Telefon w sklepie przy centrum adopcyjnym dzwoni kilka razy dziennie i scenariusz jest niemal zawsze taki sam. "Dzień dobry, po ile macie świnki?" Albo chomiki, albo myszki, albo króliki. Odpowiadamy, że owszem, mamy - ale do adopcji. I wtedy zapada ta charakterystyczna cisza, po której pada: "Aha, ok, dziękuję" - i rozłączenie. Czasem człowiek zdąży jeszcze dopowiedzieć, że szukał "takiej na prezent dla dziecka" albo "czegoś niedrogiego". Ale najczęściej po prostu odkłada słuchawkę.

Dla osób, które na co dzień siedzą w tematyce drobnych ssaków - czytają, dyskutują na grupach, wymieniają się doświadczeniami - to zachowanie bywa niezrozumiałe. Bo w tej bańce adopcja jest oczywistością, a zwierzę "kupowane po ile" brzmi już niemal jak obraza. Tyle że bańka internetowych hobbystów to nie jest świat, z którego dzwoni większość telefonów. I właśnie o ten rozjazd - między tym, co my uważamy za normę, a tym, jak naprawdę wygląda rynek drobnych zwierząt - chcielibyśmy tu napisać. Bo za tą krótką, zdawkową reakcją na "aha, dziękuję" kryje się problem, który ma twardą, policzalną skalę, a o którym poza wąskim gronem prawie nikt nie wie.

Czego nie widać z wnętrza bańki

Zacznijmy od rzeczy najmniej oczywistej: o populacji drobnych zwierząt w schroniskach i u domowych opiekunów wiemy zaskakująco mało, bo nauka przez dekady zajmowała się niemal wyłącznie psami i kotami. Kiedy Cook i McCobb chcieli po prostu policzyć, ile królików przewija się przez schroniska, musieli to zrobić praktycznie od zera - odnotowali wprost, że dynamika populacji udomowionych królików w schroniskach pozostaje słabo zbadana właśnie dlatego, że uwaga badaczy skupiała się na psach i kotach 1. Z gryzoniami jest jeszcze gorzej. Kiedy Hou i Protopopova analizowali los szczurów w kanadyjskich schroniskach, zaznaczyli, że choć badano już psy, koty i króliki, to dla gryzoni domowych - szczurów i myszy w szczególności - porównywalnych prac po prostu nie było 2.

To nie jest drobiazg akademicki. To znaczy, że problem bezdomnych i oddawanych gryzoni jest niewidoczny nie tylko dla przeciętnego klienta, ale w dużej mierze również dla systemu, który teoretycznie miałby go monitorować. Jeśli nikt tego nie liczy, łatwo udawać, że tego nie ma.

A jest. I to w skali, która zaskakuje nawet osoby z branży. W jednej z nielicznych prac, które w ogóle policzyły gryzonie - analizie sieci domów tymczasowych dla porzuconych królików i gryzoni w Madrycie z lat 2008-2021 - przewinęło się ponad tysiąc zwierząt. Króliki stanowiły niespełna połowę, ale reszta to był dokładnie ten asortyment, o który dzwonią klienci: blisko 20% chomiki, 15% świnki morskie, prawie 6% szczury, ponad 5% myszoskoczki, niemal 5% myszy i 2,6% szynszyle 3. To nie jest margines. To setki zwierząt, które najpierw znalazły się w ludzkich domach - jako zakup, nieplanowany miot albo "mało kłopotliwy" zwierzak - a potem wymagały szukania nowego miejsca. I to tylko w jednym mieście oraz tylko w jednej sieci domów tymczasowych.

Dlaczego te zwierzęta w ogóle trafiają do oddania

Tu dochodzimy do sedna, które najtrudniej przebić się przez powszechne wyobrażenia. W głowie przeciętnego człowieka zwierzę trafia do schroniska, bo "jest z nim coś nie tak" - chore, agresywne, problematyczne. Dane mówią coś zupełnie innego.

Cook i McCobb, analizując ponad pięć tysięcy królików przyjętych przez schroniska w Massachusetts i Rhode Island, ustalili, że zdecydowana większość to zwierzęta oddane przez samych opiekunów, a najczęstszym powodem oddania była niemożność albo brak chęci dalszej opieki - czyli przyczyny leżące po stronie człowieka, nie zwierzęcia 1. W brytyjskim badaniu Ellis, McCormick i Tinarwo dwa ośrodki adopcyjne podały, że najczęstszymi powodami oddania były "za dużo królików / nieplanowane mioty" oraz "problemy z warunkami", a przyczyny związane z samym królikiem odpowiadały zaledwie za nieco ponad 12% przypadków 4. U szczurów obraz jest identyczny: Hou i Protopopova wykazali, że zwierzęta były oddawane głównie z powodów dotyczących opiekuna i warunków bytowych, a niepożądane zachowanie zwierzęcia odpowiadało za marginalne 1,4% oddań 2.

Innymi słowy: zwierzęta z adopcji nie są z definicji "gorsze", "zepsute" ani "używane". Bardzo często trafiają do oddania nie dlatego, że coś jest z nimi nie tak, lecz dlatego, że zawiódł człowiek: zmieniła się sytuacja życiowa, świnek czy chomików zrobiło się nagle za dużo - klasyka pomylonych płci przy zakupie - albo ktoś po prostu stracił zainteresowanie. To nie są zwierzęta mniej wartościowe niż te oglądane za szybą w sklepie. Różnica polega na tym, że ich historia już raz pokazała, jak szybko zwierzę potraktowane jak produkt może stać się problemem do oddania.

Ale ja chciałem kupić

Wróćmy do tej ciszy w słuchawce. Dlaczego słowo "adopcja" tak skutecznie kończy rozmowę? Częściowo dlatego, że uruchamia całą serię nieuzasadnionych obaw - że to skomplikowane, że trzeba przejść "przesłuchanie", że zwierzę będzie problematyczne. Ale jest też głębszy, lepiej udokumentowany mechanizm, który warto znać, bo bezpośrednio podważa najczęstszy lęk schronisk i samych adoptujących.

Panuje przekonanie - i to nie tylko wśród klientów, ale i części środowiska - że jeśli zwierzę oddaje się za darmo lub za symboliczną opłatą, to opiekun będzie je mniej cenił, gorzej o nie dbał, traktował jak coś jednorazowego. Brzmi to logicznie. I jest nieprawdą. Weiss i Gramann porównali poziom przywiązania osób, które adoptowały koty za opłatą, z tymi, które dostały zwierzę bez opłaty, posługując się wystandaryzowaną skalą przywiązania - i nie znaleźli istotnej statystycznie różnicy między obiema grupami 5. Co więcej, zniesienie opłaty zwiększyło liczbę adopcji, nie podnosząc przy tym wskaźnika zwrotów 5. To oczywiście badanie dotyczące kotów, więc nie należy mechanicznie przenosić go na wszystkie gatunki. Jest jednak ważne, bo podważa sam mechanizm myślenia: przekonanie, że brak ceny automatycznie oznacza mniejsze przywiązanie albo gorszą opiekę.

To ważne z dwóch powodów. Po pierwsze, rozbraja argument, którym wiele osób uzasadnia niechęć do adopcji ("skoro za darmo, to coś musi być nie tak"). Po drugie, pokazuje, że bariera w głowie dzwoniącego klienta nie musi mieć nic wspólnego z realnym stanem, potrzebami czy wartością konkretnego zwierzęcia.

Co z tym właściwie zrobić

Nie mamy zamiaru kończyć tego tekstu ładnym morałem o tym, że "trzeba edukować". Edukacja to slogan, który niczego sam nie załatwia. Ale z powyższych danych płynie kilka całkiem konkretnych wniosków dla każdego, kto odbiera te telefony.

Pierwszy: ta cisza po słowie "adopcja" to nie jest złośliwość ani głupota dzwoniącego. To człowiek z zupełnie innej bańki niż nasza, który działa na podstawie wyobrażeń, jakie ma dostarczone - a dostarczono mu obraz zwierzęcia jako produktu "po ile". Rozłączenie jest reakcją na zderzenie z czymś, czego się nie spodziewał. Traktowanie tego jako okazji do pogardy zamyka rozmowę równie skutecznie jak samo słowo "adopcja".

Drugi: warto mieć przygotowaną krótką, konkretną odpowiedź na milczące pytanie, które kryje się za tą ciszą - "czy adopcyjne zwierzę jest gorsze". Bo dane dają tu mocną, prostą odpowiedź: zwierzęta z oddania nie trafiają do adopcji dlatego, że z definicji są "gorsze" albo problematyczne. W badaniach nad królikami i szczurami powody oddania bardzo często leżały po stronie człowieka i warunków życia, a nie po stronie samego zwierzęcia 124. A to, że zwierzę nie jest sprzedawane jak towar, nie oznacza, że ma mniejszą wartość ani że będzie mniej ważne dla nowego opiekuna 5.

Trzeci, najtrudniejszy: problem oddawanych gryzoni jest realny, policzalny i - poza wąskim gronem - praktycznie niewidoczny 23. Większość ludzi nie wie, że istnieje, bo nikt im o nim nie powiedział w sposób, który by do nich trafił. Bańka internetowych hobbystów rozmawia sama ze sobą, utwierdzając się w oczywistościach, podczas gdy człowiek pytający "po ile świnka" często w ogóle nie wie, że gdzieś niedaleko siedzą świnki, które już raz znalazły się w czyimś domu i zostały oddane. Te dwa światy się nie spotykają - a telefon, który właśnie się rozłączył, to jedno z niewielu miejsc, gdzie mogłyby.

Bibliografia

  1. Cook AJ, McCobb E. Quantifying the shelter rabbit population: an analysis of Massachusetts and Rhode Island animal shelters. Journal of Applied Animal Welfare Science. 2012;15(4):297-312. DOI: 10.1080/10888705.2012.709084
  2. Hou CY, Protopopova A. Rats as pets: Predictors of adoption and surrender of pet rats (Rattus norvegicus domestica) in British Columbia, Canada. PLoS ONE. 2022;17(2):e0264262. DOI: 10.1371/journal.pone.0264262
  3. Díaz-Berciano C, Gallego-Agundez M. Abandonment and rehoming of rabbits and rodents in Madrid (Spain): A retrospective study (2008-2021). Journal of Applied Animal Welfare Science. 2024;27(4):712-722. DOI: 10.1080/10888705.2022.2162342
  4. Ellis CF, McCormick W, Tinarwo A. Analysis of factors relating to companion rabbits relinquished to two United Kingdom rehoming centers. Journal of Applied Animal Welfare Science. 2017;20(3):230-239. DOI: 10.1080/10888705.2017.1303381
  5. Weiss E, Gramann S. A comparison of attachment levels of adopters of cats: fee-based adoptions versus free adoptions. Journal of Applied Animal Welfare Science. 2009;12(4):360-370. DOI: 10.1080/10888700903163674