Apele schronisk o pomoc widujemy regularnie. Raz kończy się karma, innym razem podkłady, żwirek, koce, ręczniki albo środki czystości. Zmienia się zwierzę na zdjęciu, zmienia się lista potrzeb, zmienia się termin, do którego dobrze byłoby coś przywieźć, ale konstrukcja pozostaje znajoma. Jest pies albo kot, czasem imię, historia, kilka zdań o chorobie czy trudnym początku. Potem lista rzeczy, których właśnie zabrakło, i adres, pod który mieszkańcy mogą je dostarczyć. I właściwie tylko jednej informacji zwykle w takich apelach brakuje: dlaczego utrzymanie miejsca powołanego do realizacji publicznego zadania po raz kolejny zależy od tego, czy ktoś po pracy kupi worek karmy albo przywiezie z domu stare ręczniki.
Ludzie przywożą i nie ma w tym nic dziwnego. Mamy w domach zadziwiająco dużo rzeczy, których szkoda wyrzucić, choć od pięciu lat nie znalazły żadnego zastosowania. Ręcznik pamiętający poprzednią łazienkę, koc z czasów poprzedniej kanapy, prześcieradło na łóżko, którego już nie mamy. Jeśli zamiast do kontenera mogą pojechać do zwierząt, tym lepiej. Ktoś dorzuci jeszcze worek karmy, ktoś kupi zgrzewkę puszek, ktoś po pracy wsiądzie w samochód i przejedzie pół miasta, bo przecież chodzi o zwierzęta.
Warto jednak czasem oderwać wzrok od psa. Nie dlatego, że pies jest nieważny, tylko dlatego, że jest bardzo skuteczny. W świecie pomocy zwierzętom pies na zdjęciu potrafi zrobić więcej niż niejeden arkusz kalkulacyjny. Kot także radzi sobie nieźle. Królik jest trochę bardziej niszowy, ale przy odpowiednim ujęciu również potrafi otworzyć portfele. Rachunek za ogrzewanie nie ma tej przewagi. Faktura za energię elektryczną nie patrzy smutno w obiektyw. Lista płac nie ma mokrego nosa. Dystrybutor paliwa nie nadaje się specjalnie do udostępniania.
Dlatego niemal nigdy nie widujemy zbiórek "na wypłaty". Nie ma zdjęcia psa z informacją, że do wynagrodzeń pracowników brakuje w tym miesiącu siedemnastu tysięcy złotych. Kot nie siedzi przy grzejniku z kartką "pomóżcie nam opłacić ogrzewanie", a królik nie pozuje przy dystrybutorze z komunikatem, że samochód interwencyjny potrzebuje jeszcze dwustu litrów oleju napędowego. Zbiera się "dla zwierząt": na karmę, koce, podkłady i ręczniki.
I oczywiście nie ma w tym żadnego fałszu. To wszystko rzeczywiście jest dla zwierząt. Tyle że pensja opiekuna też jest dla zwierząt, bo bez opiekuna nie będzie komu ich nakarmić, posprzątać ani podać leków. Ogrzewanie jest dla zwierząt. Woda jest dla zwierząt. Prąd jest dla zwierząt. Paliwo w samochodzie, który jedzie do lecznicy, też jest dla zwierząt. Całe schronisko jest "dla zwierząt", tylko nie każdy jego koszt da się sfotografować obok labradora.
W małej fundacji utrzymującej się z darowizn to akurat bez większego znaczenia, bo tam i tak nikt inny nie zapłaci ani za karmę, ani za prąd. W schronisku finansowanym przez gminę wygląda to inaczej. Trzeba tu uważać na uproszczenia, bo schronisko schronisku nierówne. Jedne prowadzą bezpośrednio miasta albo gminy, inne organizacje społeczne czy prywatni operatorzy na podstawie zawartych umów. Sam szyld niewiele więc mówi. Istotne jest coś innego: czy dana placówka działa w ramach finansowanego przez samorząd zadania publicznego.
Jeśli tak, zaczynamy mówić o zupełnie innym świecie niż świat małej fundacji, która na początku miesiąca patrzy na konto i próbuje zgadnąć, czy wystarczy do końca. W takim schronisku ktoś wcześniej usiadł nad liczbami. Ktoś policzył pracowników, ogrzewanie, wodę, prąd, transport, leczenie, karmę, środki czystości. Może policzył dobrze, może źle. Może dostał tyle pieniędzy, ile potrzebował, może zdecydowanie za mało. Być może umowa zawarta przez gminę od początku jest niedoszacowana i placówka działa na granicy możliwości. To wszystko jest możliwe.
Jeżeli schronisku naprawdę brakuje pieniędzy na podstawowe rzeczy, nazwijmy problem po imieniu: to niedofinansowanie zadania publicznego, a nie niedostatek społecznej hojności. I jest w tym jeszcze jedna niewygodna prawidłowość. Kiedy pieniędzy zaczyna brakować, wypłaty trzeba wypłacić, rachunki trzeba opłacić, budynek trzeba ogrzać, a samochód zatankować. Tych kosztów nie da się łatwo przerzucić na mieszkańców. Za to karmę, podkłady, koce czy ręczniki można ogłosić jako "pilną potrzebę zwierząt" i poprosić o pomoc. W efekcie to właśnie potrzeby zwierząt stają się najbardziej elastyczną częścią budżetu - bo wiadomo, że jeśli zabraknie, zawsze można spróbować zebrać je od ludzi.
Tymczasem gdzieś obok działa ktoś, kto naprawdę nie ma innego źródła. Mała fundacja nie uchwala sobie budżetu. Nie występuje o przesunięcie środków między wydziałami. Nie czeka na kolejną transzę przewidzianą umową. Jeżeli zabraknie jej trzech tysięcy złotych na leczenie, to po prostu ich nie ma. Jeżeli nie ma karmy, ktoś ją kupuje. Jeżeli nie ma czym zawieźć zwierzęcia do lecznicy, ktoś jedzie własnym samochodem. Jeżeli rachunek za weterynarza przekracza stan konta, pojawia się dług, zrzutka albo prywatna karta.
Ten świat działa na dość osobliwym paliwie: trochę na pieniądzach, trochę na poczuciu odpowiedzialności, trochę na niemożności powiedzenia "nie", a w dużej części na przekonaniu, że jakoś to będzie. I bardzo często jakoś jest właśnie dlatego, że ludzie pomagają.
Pomoc niestety ma pewną wadę, o której rzadko pamiętamy: jest skończona.
Koc można oddać tylko raz.
Worek karmy można zawieźć tylko w jedno miejsce. Sto złotych można wydać tylko raz. Można też tylko raz poświęcić sobotnie popołudnie na przejazd przez miasto z bagażnikiem pełnym rzeczy. Nawet współczucie, choć źle to brzmi, ma swoją pojemność. Po dziesiątym poście zaczynającym się od "PILNE" człowiek nie staje się potworem. Po prostu przewija dalej.
Po tę samą, ograniczoną pulę sięgają wszyscy: fundacja bez budżetu, dom tymczasowy, mały azyl, stowarzyszenie mające trzy chore psy i rachunek w lecznicy, a obok nich schronisko finansowane w ramach zadania gminy. Nie ma osobnych magazynów społecznej hojności. Nie istnieje półka "dla samorządu" i druga "dla organizacji społecznych". Jest ten sam człowiek, ten sam worek karmy i ten sam stary ręcznik.
Tyle że pozycja startowa bywa bardzo różna. Duże schronisko ma rozpoznawalną nazwę, profil obserwowany przez tysiące osób, czasem wsparcie oficjalnych kanałów miasta. Jednym postem może dotrzeć do dziesiątek tysięcy ludzi. Mała organizacja działająca kilka ulic dalej może przez tydzień prosić o tę samą karmę i dotrzeć do kilkuset osób, z których połowa już pomaga gdzie indziej. Wieczorem w schronisku magazyn może być pełny, a fundacja kupi karmę sama. Za pożyczone pieniądze.
Nie ma sensu urządzać konkursu, komu bardziej należy się puszka. Zwierzę w miejskim schronisku nie jest mniej głodne tylko dlatego, że gdzieś istnieje uchwała budżetowa. Pies w fundacji nie cierpi bardziej wyłącznie dlatego, że fundacja nie ma umowy z gminą. Chodzi o to, że podmiot mający za sobą publiczne finansowanie sięga po te same zasoby, z których ktoś inny utrzymuje całe swoje istnienie.
Dlatego różnica między "możemy przyjąć" a "potrzebujemy pomocy" przestaje być kosmetyczna. Jeżeli schronisko mówi: "Macie stare koce i ręczniki? Nie wyrzucajcie ich, wykorzystamy", świetnie. To zwyczajnie ma sens. Byłoby głupotą kupować nowe rzeczy tylko po to, żeby udowodnić, że ma się budżet. Jeżeli ktoś z własnej woli kupi karmę i zawiezie ją do schroniska, również nie ma w tym niczego złego. Darczyńca może przecież decydować, komu chce pomagać.
Ale jeśli placówka zaczyna zakładać, że mieszkańcy regularnie uzupełnią jej podstawowe zapasy, dzieje się coś innego. Dobra wola przestaje być dodatkiem i zaczyna być częścią modelu działania.
Można oczywiście powiedzieć, że publiczne pieniądze poruszają się wolno, że są procedury, zgody, paragrafy, plany, zamówienia i wszystkie te słowa, na dźwięk których człowiek prywatny odruchowo szuka najbliższego wyjścia. I to prawda. Facebook jest szybszy niż urząd. Tyle że ten argument tłumaczy reakcję na zdarzenie nagłe. Karma i ręczniki nagłe nie są. Nie da się przewidzieć pożaru, powodzi ani nagłego przyjęcia kilkudziesięciu zwierząt. Da się przewidzieć, że zwierzęta będą jadły, a ręczniki będą się zużywać. Jeśli na takie rzeczy brakuje pieniędzy, problem nie leży w szybkości zakupów, tylko w planowaniu albo w finansowaniu.
I ten problem powinien mieć nazwę. Jeżeli gmina przekazuje za mało pieniędzy, powiedzmy: gmina przekazuje za mało pieniędzy. Jeżeli umowa jest źle skalkulowana, powiedzmy: umowa jest źle skalkulowana. Jeżeli koszty wzrosły, a finansowanie nie, pokażmy to. Wtedy mieszkańcy przynajmniej wiedzą, co właściwie finansują ze swoich szaf i portfeli.
Bo inaczej powstaje osobliwa sytuacja, w której zadanie publiczne jest częściowo opłacane z publicznych pieniędzy, a częściowo z rzeczy i pieniędzy ludzi, którzy nawet nie zawsze wiedzą, że właśnie dopłacają do jego wykonania. To nie są zasoby znikąd. System bardzo lubi rzeczy, które przychodzą znikąd: wolontariusza, którego nie trzeba zatrudnić, samochód, którego nie trzeba zatankować, karmę, której nie trzeba kupić, ręcznik, którego nie trzeba wpisać w żaden plan. Wszystko wygląda wtedy trochę taniej, trochę sprawniej i trochę lepiej, aż w końcu zaczynamy wierzyć, że tak właśnie powinno być.
Znamy ten mechanizm nie tylko ze świata zwierząt. Rodzice dokładają się do szkół, fundacje kupują sprzęt dla szpitali, wolontariusze wykonują pracę, na którą brakuje etatów. Jest w tym coś pięknego i coś niebezpiecznego jednocześnie: ludzie potrafią błyskawicznie zasypać dziurę, ale im skuteczniej ją zasypują, tym szybciej przestajemy ją widzieć.
W opiece nad zwierzętami działa to szczególnie dobrze, bo na końcu zawsze można powiedzieć, że przecież zwierzęta znalazły opiekę.
Znalazły.
Tylko warto jeszcze ustalić, przez kogo i za czyje pieniądze.
Nie chodzi więc o to, żeby schroniska przestały przyjmować dary ani żeby ktoś wyrzucił dobry koc tylko dlatego, że placówka ma finansowanie z gminy. Chodzi o coś znacznie prostszego: żebyśmy nie mylili społecznej pomocy z cichym współfinansowaniem podstawowego działania. Bo kilka ulic dalej zawsze jest ktoś, kto żadnego budżetu nie ma. Ma za to zwierzęta, rachunki i tych samych darczyńców.
A koc można oddać tylko raz.






0 komentarzy
Brak komentarzy
Masz coś do powiedzenia? W artykule jest błąd?
Zostaw komentarz
Twój głos naprawdę ma znaczenie.