I choć trudno nie zgodzić się z ogólnym przesłaniem, to im dłużej człowiek pracuje ze zwierzętami, tym wyraźniej widzi, że ta opowieść ma poważne pęknięcia. Że gdzieś pomiędzy dobrą intencją a rzeczywistością powstała przepaść, którą zasypujemy co roku tymi samymi hasłami.
Piszę to z perspektywy Domu Gryzoni, czyli miejsca, które od lat przyjmuje zwierzęta wymagające nowego domu. Nie jestem w stanie wypowiadać się za wszystkie schroniska, fundacje i organizacje w Polsce - być może gdzieś rzeczywiście styczeń przynosi dramatyczny wzrost oddawanych zwierząt. Ale u nas? Taki wzrost po prostu nie istnieje.
Nie ma styczniowego zalewu telefonów. Nie ma dramatycznego „poświątecznego wysypu”. Statystyki, które prowadzimy, nie pokazują żadnego grudniowo-styczniowego szczytu. Za to pokazują coś, o czym mówi się znacznie rzadziej.
Cisza przed burzą, której nie ma
Sporo zwierząt trafia do nas jeszcze przed świętami. I to nie dlatego, że ktoś się nimi „znudził” w ramach przedświątecznych porządków.
Pamiętam rozmowę sprzed dwóch lat. Zadzwoniła kobieta, głos jej się łamał. Miała dwa szczury, które kochała - widać to było nawet przez telefon, po tym, jak o nich mówiła. Ale dowiedziała się, że jest w ciąży, a jej partner postawił ultimatum: albo szczury, albo on. Moglibyśmy teraz dyskutować o tym, co to mówi o partnerze. Ale ona nie dzwoniła po ocenę moralną. Dzwoniła, bo chciała dla swoich zwierząt dobrego domu, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli. Zanim urodzi się dziecko, zanim emocje wezmą górę, zanim szczury trafią gdziekolwiek byle gdzie.
Czy to jest historia o nieodpowiedzialności? O traktowaniu zwierząt jak rzeczy? Nie wydaje mi się.
Takich historii jest więcej. Zbliżają się wyjazdy, zmiany w pracy, trudne decyzje rodzinne. Czasem pojawia się alergia - prawdziwa, potwierdzona przez lekarza, nie wymówka. Czasem pogarsza się stan zdrowia opiekuna. Czasem ktoś zostaje sam z dziećmi i trzema pracami, i po prostu nie ma już siły na nic więcej. A czasem - i to chyba najtrudniejsze do zaakceptowania - ktoś po prostu dochodzi do wniosku, że opieka nad zwierzęciem wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażał.
I wtedy zapada decyzja: lepiej oddać wcześniej, niż udawać, że jakoś to będzie.
Odpowiedzialność, która nie pasuje do narracji
To są ciche decyzje. Często bardzo trudne. Podejmowane przez ludzi, którzy - paradoksalnie - właśnie próbują zachować się odpowiedzialnie. Bo odpowiedzialność to nie tylko „wziąłem, to mam do końca życia”. Odpowiedzialność to także umiejętność przyznania się, że nie daję rady. Że moje życie się zmieniło. Że to zwierzę zasługuje na więcej, niż jestem w stanie mu teraz dać.
Znam ludzi, którzy oddali zwierzęta i płakali. Którzy dzwonili potem, żeby zapytać, jak się mają, czy znalazły dom, czy są szczęśliwe. Którzy zostawiali nam pieniądze na karmę, koce, zabawki - bo chcieli jakoś odpokutować decyzję, której nie potrafili podjąć inaczej.
Czy to są ci sami ludzie, których wyobrażamy sobie, czytając hasła o „wyrzucaniu zwierząt jak niechcianych prezentów”?
Mit świątecznego porzucenia
Tymczasem narracja, którą słyszymy co roku, sugeruje coś zupełnie innego. Że gdzieś tam, zaraz po świętach, rzesze ludzi masowo pozbywają się żywych istot jak zepsutych zabawek. Że schroniska dosłownie „pękają w szwach” - to ulubione sformułowanie grudniowych apeli. Że jest jakiś wyraźny, mierzalny, powtarzalny „efekt świąt”.
Tyle że ten obraz nie ma wiele wspólnego z naszą codziennością. A rozmawiałem z ludźmi z innych organizacji - wielu mówi to samo. Owszem, styczeń bywa intensywny, ale nie bardziej niż wrzesień (początek roku szkolnego, przeprowadzki studentów) czy czerwiec (wakacje, wyjazdy). Sezonowość istnieje, ale jej szczyty nie pokrywają się z tym, co sugeruje internetowa mitologia.
Oczywiście - zastrzegam to wyraźnie - nie znam sytuacji wszystkich fundacji w Polsce. Może gdzieś jest inaczej. Może w dużych schroniskach dla psów i kotów ten efekt jest bardziej widoczny. Nie chcę generalizować w drugą stronę i twierdzić, że problem nie istnieje nigdzie. Ale chcę powiedzieć głośno: u nas go nie ma. I warto się zastanowić, czy narracja, którą powtarzamy, rzeczywiście opisuje rzeczywistość - czy może dawno zamieniła się w mit, który żyje własnym życiem.
Prawdziwe problemy są mniej efektowne
Oczywiście zdarzają się nietrafione decyzje. Zdarzają się impulsywne zakupy. Zdarzają się ludzie, którzy nie powinni byli brać zwierzęcia w ogóle - bo nie mieli warunków, wiedzy, czasu ani chęci, żeby się jej nauczyć.
Ale to nie jest zjawisko sezonowe. To nie jest „efekt świąt”. To jest efekt czegoś znacznie trudniejszego do uchwycenia na grafice: braku wiedzy, braku wsparcia i braku realnej rozmowy o tym, czym naprawdę jest opieka nad żywym stworzeniem.
Ktoś kupuje chomika, bo „to proste zwierzę, idealne dla dziecka”. Nikt mu nie powiedział, że chomik jest aktywny w nocy, że może ugryźć, że potrzebuje terrarium, a nie plastikowej klatki z pet shopu, że żyje dwa-trzy lata i przez ten czas wymaga regularnej opieki weterynaryjnej - tak, chomik też czasem choruje i też trzeba go leczyć. A potem, po dwóch miesiącach, okazuje się, że dziecko się boi, że chomik „nic nie robi”, że w pokoju śmierdzi i w ogóle to nie było to.
Czy ta historia jest o świętach? Nie. Ta historia jest o tym, że ktoś podjął decyzję bez informacji. I ta sama historia może się wydarzyć w styczniu, w maju i w październiku.
Wygoda prostej narracji
Problem w tym, że narracja o „świątecznych porzuceniach” jest wygodna. Daje szybkie emocje. Daje jasnego winnego - tych nieodpowiedzialnych ludzi, którzy kupują zwierzęta pod choinkę. Daje poczucie moralnej wyższości tym, którzy udostępniają grafiki z hasłami. Daje wrażenie, że robimy coś dobrego, nawet jeśli tak naprawdę nie robimy nic poza kliknięciem „udostępnij”.
A jednocześnie ta narracja odciąga uwagę od rzeczy trudniejszych. Od systemowych braków - bo w Polsce wciąż brakuje regulacji dotyczących hodowli i sprzedaży zwierząt. Od edukacji - bo skąd przeciętny człowiek ma wiedzieć, jak naprawdę wygląda opieka nad świnką morską, jeśli jedyne informacje, jakie dostaje, to marketingowe hasła w sklepie zoologicznym? Od odpowiedzialności rozłożonej w czasie - bo łatwiej jest raz w roku napisać post o tym, żeby nie kupować zwierząt na prezent, niż przez cały rok tłumaczyć, jak o nie dbać.
Co widzimy naprawdę
Rzeczywistość jest dużo mniej efektowna, ale dużo bardziej prawdziwa. Zwierzęta trafiają do nowych domów i z nich wracają przez cały rok. Z bardzo różnych powodów, często niezależnych od dobrej woli opiekunów.
W zeszłym roku przyjęliśmy koszatniczki od starszej pani, która trafiła do szpitala i nie wiadomo było, czy wróci do domu. Przyjęliśmy szczury od studenta, który musiał wrócić na Ukrainę. Przyjęliśmy mysz od rodziny, w której dziecko rozwinęło tak silną alergię, że nie mogło spać w swoim pokoju. Żadna z tych historii nie pasuje do schematu „nieodpowiedzialny właściciel wyrzuca zwierzę”.
Ale przyjęliśmy też zwierzęta od ludzi, którzy ewidentnie nie przemyśleli decyzji. Którzy kupili „bo ładne”, „bo dziecko chciało”, „bo w filmie było słodkie”. I to też jest prawda. Tyle że ci ludzie nie dzwonili do nas w styczniu. Dzwonili wtedy, kiedy zderzyli się z rzeczywistością - a to może się zdarzyć w dowolnym momencie roku.
Od hasła do zrozumienia
Jeśli naprawdę chcemy pomóc zwierzętom, to warto przestać powtarzać te same hasła co roku. Warto zacząć mówić o tym, co faktycznie dzieje się poza kadrem świątecznych grafik.
O tym, że adopcja to nie tylko szczęśliwe zdjęcie z nowym pupilem, ale też lata codziennej opieki, rachunków weterynaryjnych i organizowania życia wokół potrzeb żywej istoty. O tym, że oddanie zwierzęcia nie zawsze oznacza porażkę moralną - czasem oznacza trudną, ale odpowiedzialną decyzję. O tym, że problemem nie są święta, tylko brak wiedzy i wsparcia przez cały rok.
Bo pomoc nie zaczyna się od hasła. Zaczyna się od zrozumienia.
A zrozumienie wymaga czegoś więcej niż dorocznego udostępnienia grafiki z płaczącym psem i podpisem „Nie jestem zabawką”. Wymaga rozmowy. Cierpliwości. I gotowości, żeby usłyszeć historie, które nie pasują do prostych schematów.






