
Istnieje pewna szczególna odmiana ludzkiej głupoty, która objawia się na widok pustej przestrzeni.
Człowiek, ujrzawszy pustą półkę, natychmiast kupuje coś, czego nie potrzebuje. Ujrzawszy pusty pokój, postanawia urządzić w nim garderobę. Ujrzawszy pustą klatkę w Centrum Adopcyjnym dla Gryzoni, dochodzi do wniosku, że koniecznie trzeba wsadzić do niej królika.
Jest to zjawisko tak powszechne, że gdyby ktoś pokazał przeciętnemu człowiekowi pustą trumnę, ten prawdopodobnie zacząłby się zastanawiać, kogo można do niej zaprosić.
W Domu Gryzoni znajdowała się właśnie taka klatka.
Pusta.
Przynajmniej według ludzi, którzy nie rozumieli podstawowych zasad funkcjonowania wszechświata, a mimo to z niepokojącą pewnością siebie wypowiadali się o prowadzeniu centrum adopcyjnego.
- Macie przecież wolną klatkę - oznajmiła pewnego dnia osoba, która chciała oddać królika.
- Owszem - odpowiedziało Kierownictwo.
- Więc możecie go przyjąć.
Kierownictwo westchnęło.
Było to westchnienie szczególne. Zawierało w sobie doświadczenie kilku tysięcy podobnych rozmów, trzy nieopłacone faktury weterynaryjne oraz ciche pragnienie, żeby na pewien czas zostać paprotką.
- Nie możemy.
- Ale dlaczego?
Było to pytanie, które ludzie zadawali zazwyczaj wtedy, kiedy otrzymali już odpowiedź, ale postanowili sprawdzić, czy rzeczywistość da się przekonać do zmiany zdania.
- Ponieważ nie mamy wystarczających zasobów.
- Ale klatkę macie.
I tu rozmowa dotarła do punktu, w którym logika, widząc, co się dzieje, dyskretnie zabrała płaszcz i opuściła pomieszczenie.
Problem polegał na tym, że klatka była tylko klatką.
Nie posiadała wykształcenia weterynaryjnego, nie umiała sprzątać po własnym mieszkańcu i nie wykazywała najmniejszej ochoty do płacenia rachunków. Nie zaobserwowano również, aby którakolwiek z klatek samodzielnie podawała leki, choć Kierownictwo od dawna uważało, że byłby to znakomity kierunek ewolucji mebli.
W Domu Gryzoni obowiązywała zasada zwana Capacity for Care.
Nazwa była angielska, ponieważ ludzkość odkryła dawno temu, że jeśli nada się rozsądnej zasadzie nazwę w obcym języku, istnieje niewielka szansa, że ktoś potraktuje ją poważnie.
W praktyce oznaczała ona, że liczba zwierząt musi odpowiadać liczbie ludzi, pieniędzy, pomieszczeń i godzin, które można przeznaczyć na opiekę.
Była to koncepcja rewolucyjna.
Zakładała bowiem, że do opiekowania się zwierzęciem nie wystarczą dobre chęci.
W świecie, w którym dobre chęci stanowiły podstawę większości przedsięwzięć kończących się katastrofą, był to pogląd niemal wywrotowy.
Oczywiście zwierzęta nie podzielały tych rozterek.
Dla świnki morskiej cały system finansowy człowieka był skomplikowaną metodą opóźniania dostaw ogórka. Królik uważał natomiast, że skoro istnieje przewód elektryczny, musi istnieć również jakiś wyższy powód, dla którego należy go przegryźć.
Kierownictwo próbowało tymczasem wyjaśnić, że pusta klatka nie oznacza możliwości przyjęcia kolejnego zwierzęcia.
- To po co wam ona? - zapytała osoba.
Kierownictwo spojrzało na klatkę.
Klatka spojrzała na Kierownictwo, o ile oczywiście można przypisać meblom zdolność patrzenia. W Domu Gryzoni nie wykluczano takiej możliwości. Widywano tam rzeczy znacznie mniej prawdopodobne, między innymi wolontariusza, który przyszedł tylko na chwilę i rzeczywiście wyszedł po chwili.
- Na wypadek, gdybyśmy kiedyś mogli przyjąć kolejnego królika - odpowiedziało Kierownictwo.
- Czyli teraz nie możecie?
- Nie.
- Nawet jednego?
Słowo "jednego" zasługiwało na osobny traktat filozoficzny.
Jeden królik nigdy bowiem nie był tylko jednym królikiem.
Był jednym królikiem, kilkoma kilogramami siana, nieokreśloną liczbą bobków, codziennym sprzątaniem, badaniami, wizytami weterynaryjnymi, potencjalną chorobą, wielomiesięczną odpowiedzialnością i bardzo realną możliwością, że o trzeciej nad ranem ktoś będzie siedział przy nim na podłodze, zastanawiając się, dlaczego przestał jeść.
Wszystko to mieściło się w jednym króliku.
Było to imponujące osiągnięcie natury, zważywszy na jego rozmiary.
- Nawet jednego - odpowiedziało Kierownictwo.
Osoba wyszła niezadowolona.
Kierownictwo również nie było zadowolone.
To ostatnie stanowiło istotną różnicę. Ludziom bowiem często wydawało się, że odmawianie pomocy jest przyjemnym zajęciem, uprawianym przez osoby pozbawione serca, najlepiej w wygodnym fotelu, przy herbacie i ciastkach.
Tymczasem serca w Domu Gryzoni było zdecydowanie za dużo.
Niekiedy wręcz przeszkadzało w podejmowaniu decyzji.
Dlatego Kierownictwo zmuszone było korzystać również z mózgu, choć uważało to za rozwiązanie wyjątkowo niekomfortowe.
Wieczorem pusta klatka nadal stała na swoim miejscu.
Nikt w niej nie mieszkał.
Nikt nie zjadał w niej siana, nie przewracał misek ani nie domagał się natychmiastowej interwencji człowieka w sprawie niedostatecznej ilości pietruszki.
I choć wyglądało to tak, jakby nic się nie wydarzyło, tego dnia wydarzyło się coś bardzo ważnego.
Dom Gryzoni nie przyjął zwierzęcia, któremu nie mógł zagwarantować właściwej opieki.
Nie było za to oklasków.
Nie było wzruszających zdjęć.
Nie było nawet czego opublikować w internecie, ponieważ fotografowanie pustej klatki nie należało do uznanych metod wywoływania zbiorowego wzruszenia.
Była tylko decyzja.
Trudna, rozsądna i cholernie nieprzyjemna.
A w świecie, w którym niemal każdy chciał uchodzić za dobrego człowieka, ale znacznie mniej osób chciało ponosić koszty bycia nim, miała ona pewną szczególną wartość.
Przypis pierwszy: Kierownictwo to zbiorcze określenie ludzi odpowiedzialnych za funkcjonowanie Domu Gryzoni. W teorii podejmują oni decyzje. W praktyce większość decyzji dotyczących godzin posiłków podejmują świnki morskie.
Przypis drugi: Nie istnieją wiarygodne dowody na to, że ogórek dostarczony śwince morskiej pięć minut później niż zwykle stanowi naruszenie praw zwierząt. Świnki morskie są w tej sprawie odmiennego zdania.
Przypis trzeci: Pusta klatka pozostaje jednym z niewielu elementów wyposażenia Domu Gryzoni, który nie generuje codziennych wydatków. Kierownictwo stara się jej o tym nie informować, żeby nie nabrała pomysłów.
Człowiek, ujrzawszy pustą półkę, natychmiast kupuje coś, czego nie potrzebuje. Ujrzawszy pusty pokój, postanawia urządzić w nim garderobę. Ujrzawszy pustą klatkę w Centrum Adopcyjnym dla Gryzoni, dochodzi do wniosku, że koniecznie trzeba wsadzić do niej królika.
Jest to zjawisko tak powszechne, że gdyby ktoś pokazał przeciętnemu człowiekowi pustą trumnę, ten prawdopodobnie zacząłby się zastanawiać, kogo można do niej zaprosić.
W Domu Gryzoni znajdowała się właśnie taka klatka.
Pusta.
Przynajmniej według ludzi, którzy nie rozumieli podstawowych zasad funkcjonowania wszechświata, a mimo to z niepokojącą pewnością siebie wypowiadali się o prowadzeniu centrum adopcyjnego.
- Macie przecież wolną klatkę - oznajmiła pewnego dnia osoba, która chciała oddać królika.
- Owszem - odpowiedziało Kierownictwo.
- Więc możecie go przyjąć.
Kierownictwo westchnęło.
Było to westchnienie szczególne. Zawierało w sobie doświadczenie kilku tysięcy podobnych rozmów, trzy nieopłacone faktury weterynaryjne oraz ciche pragnienie, żeby na pewien czas zostać paprotką.
- Nie możemy.
- Ale dlaczego?
Było to pytanie, które ludzie zadawali zazwyczaj wtedy, kiedy otrzymali już odpowiedź, ale postanowili sprawdzić, czy rzeczywistość da się przekonać do zmiany zdania.
- Ponieważ nie mamy wystarczających zasobów.
- Ale klatkę macie.
I tu rozmowa dotarła do punktu, w którym logika, widząc, co się dzieje, dyskretnie zabrała płaszcz i opuściła pomieszczenie.
Problem polegał na tym, że klatka była tylko klatką.
Nie posiadała wykształcenia weterynaryjnego, nie umiała sprzątać po własnym mieszkańcu i nie wykazywała najmniejszej ochoty do płacenia rachunków. Nie zaobserwowano również, aby którakolwiek z klatek samodzielnie podawała leki, choć Kierownictwo od dawna uważało, że byłby to znakomity kierunek ewolucji mebli.
W Domu Gryzoni obowiązywała zasada zwana Capacity for Care.
Nazwa była angielska, ponieważ ludzkość odkryła dawno temu, że jeśli nada się rozsądnej zasadzie nazwę w obcym języku, istnieje niewielka szansa, że ktoś potraktuje ją poważnie.
W praktyce oznaczała ona, że liczba zwierząt musi odpowiadać liczbie ludzi, pieniędzy, pomieszczeń i godzin, które można przeznaczyć na opiekę.
Była to koncepcja rewolucyjna.
Zakładała bowiem, że do opiekowania się zwierzęciem nie wystarczą dobre chęci.
W świecie, w którym dobre chęci stanowiły podstawę większości przedsięwzięć kończących się katastrofą, był to pogląd niemal wywrotowy.
Oczywiście zwierzęta nie podzielały tych rozterek.
Dla świnki morskiej cały system finansowy człowieka był skomplikowaną metodą opóźniania dostaw ogórka. Królik uważał natomiast, że skoro istnieje przewód elektryczny, musi istnieć również jakiś wyższy powód, dla którego należy go przegryźć.
Kierownictwo próbowało tymczasem wyjaśnić, że pusta klatka nie oznacza możliwości przyjęcia kolejnego zwierzęcia.
- To po co wam ona? - zapytała osoba.
Kierownictwo spojrzało na klatkę.
Klatka spojrzała na Kierownictwo, o ile oczywiście można przypisać meblom zdolność patrzenia. W Domu Gryzoni nie wykluczano takiej możliwości. Widywano tam rzeczy znacznie mniej prawdopodobne, między innymi wolontariusza, który przyszedł tylko na chwilę i rzeczywiście wyszedł po chwili.
- Na wypadek, gdybyśmy kiedyś mogli przyjąć kolejnego królika - odpowiedziało Kierownictwo.
- Czyli teraz nie możecie?
- Nie.
- Nawet jednego?
Słowo "jednego" zasługiwało na osobny traktat filozoficzny.
Jeden królik nigdy bowiem nie był tylko jednym królikiem.
Był jednym królikiem, kilkoma kilogramami siana, nieokreśloną liczbą bobków, codziennym sprzątaniem, badaniami, wizytami weterynaryjnymi, potencjalną chorobą, wielomiesięczną odpowiedzialnością i bardzo realną możliwością, że o trzeciej nad ranem ktoś będzie siedział przy nim na podłodze, zastanawiając się, dlaczego przestał jeść.
Wszystko to mieściło się w jednym króliku.
Było to imponujące osiągnięcie natury, zważywszy na jego rozmiary.
- Nawet jednego - odpowiedziało Kierownictwo.
Osoba wyszła niezadowolona.
Kierownictwo również nie było zadowolone.
To ostatnie stanowiło istotną różnicę. Ludziom bowiem często wydawało się, że odmawianie pomocy jest przyjemnym zajęciem, uprawianym przez osoby pozbawione serca, najlepiej w wygodnym fotelu, przy herbacie i ciastkach.
Tymczasem serca w Domu Gryzoni było zdecydowanie za dużo.
Niekiedy wręcz przeszkadzało w podejmowaniu decyzji.
Dlatego Kierownictwo zmuszone było korzystać również z mózgu, choć uważało to za rozwiązanie wyjątkowo niekomfortowe.
Wieczorem pusta klatka nadal stała na swoim miejscu.
Nikt w niej nie mieszkał.
Nikt nie zjadał w niej siana, nie przewracał misek ani nie domagał się natychmiastowej interwencji człowieka w sprawie niedostatecznej ilości pietruszki.
I choć wyglądało to tak, jakby nic się nie wydarzyło, tego dnia wydarzyło się coś bardzo ważnego.
Dom Gryzoni nie przyjął zwierzęcia, któremu nie mógł zagwarantować właściwej opieki.
Nie było za to oklasków.
Nie było wzruszających zdjęć.
Nie było nawet czego opublikować w internecie, ponieważ fotografowanie pustej klatki nie należało do uznanych metod wywoływania zbiorowego wzruszenia.
Była tylko decyzja.
Trudna, rozsądna i cholernie nieprzyjemna.
A w świecie, w którym niemal każdy chciał uchodzić za dobrego człowieka, ale znacznie mniej osób chciało ponosić koszty bycia nim, miała ona pewną szczególną wartość.
Przypis pierwszy: Kierownictwo to zbiorcze określenie ludzi odpowiedzialnych za funkcjonowanie Domu Gryzoni. W teorii podejmują oni decyzje. W praktyce większość decyzji dotyczących godzin posiłków podejmują świnki morskie.
Przypis drugi: Nie istnieją wiarygodne dowody na to, że ogórek dostarczony śwince morskiej pięć minut później niż zwykle stanowi naruszenie praw zwierząt. Świnki morskie są w tej sprawie odmiennego zdania.
Przypis trzeci: Pusta klatka pozostaje jednym z niewielu elementów wyposażenia Domu Gryzoni, który nie generuje codziennych wydatków. Kierownictwo stara się jej o tym nie informować, żeby nie nabrała pomysłów.