
Koszatniczka jest jednym z tych stworzeń, na widok których człowiek zaczyna podejrzewać, że Natura nie zawsze pracuje według wcześniej zatwierdzonego projektu. Najprawdopodobniej zamierzała stworzyć wiewiórkę, ale w którymś momencie zabrakło jej odpowiednich części i postanowiła wykorzystać to, co zostało po produkcji szczurów. Rezultat uznano za zadowalający, dodano więc na końcu ogona niewielką miotełkę, aby całość wyglądała na zamierzoną, i wypuszczono na świat, nie zastanawiając się szczególnie nad konsekwencjami.
A konsekwencje były poważne.
Koszatniczka posiada bowiem inteligencję, której istnienie trudno kwestionować, choć jeszcze trudniej zrozumieć, czemu właściwie służy. Potrafi rozwiązywać problemy, zapamiętywać skomplikowane zależności, uczyć się na podstawie doświadczeń i z zadziwiającą konsekwencją dążyć do raz obranego celu. Nieszczęście polega na tym, że celem tym bywa najczęściej przedostanie się za szafę albo sprawdzenie, czy da się rozebrać na części przedmiot, który człowiek kupił zaledwie wczoraj.
Gdyby podobne zdolności intelektualne połączyć z odrobiną rozwagi, koszatniczki mogłyby prawdopodobnie stworzyć własną cywilizację. Nie zrobiły tego jednak, ponieważ cywilizacja wymaga przestrzegania pewnych zasad, a koszatniczki uważają zasady za rodzaj przeszkody terenowej. Ich stosunek do rzeczywistości jest zresztą godny podziwu. Nie zastanawiają się długo, czy coś jest możliwe. Zaczynają od sprawdzenia, czy można to pogryźć, następnie próbują się na to wspiąć, a dopiero gdy obie metody zawodzą, rozważają zastosowanie bardziej skomplikowanych środków. Przy odpowiedniej liczbie koszatniczek jest to metoda niemal naukowa, z tą różnicą, że naukowcy na ogół starają się nie zjadać aparatury pomiarowej.
W Domu Gryzoni mieszkało pięć takich stworzeń, rozlokowanych w dwóch klatkach, znajdujących się w dwóch różnych pomieszczeniach. Był to układ podyktowany względami organizacyjnymi, który Kierownictwu wydawał się całkowicie rozsądny. Klatki posiadały ściany, drzwiczki i odpowiednie zamknięcia, pomieszczenia oddzielały drzwi, a całość sprawiała wrażenie systemu zaprojektowanego przez ludzi, którzy wiedzą, co robią.
To ostatnie przekonanie miało się wkrótce okazać szczególnie niefortunne.
Nie wiadomo dokładnie, kiedy rozpoczęły się przygotowania do ucieczki. Być może trwały od dawna, prowadzone cierpliwie, metodycznie i z wykorzystaniem wiedzy o zwyczajach personelu. Być może decyzja zapadła spontanicznie, w przypływie nagłego zainteresowania światem zewnętrznym. Nie można również wykluczyć, że koszatniczki wcale nie planowały ucieczki, lecz pewnego dnia odkryły, że z klatki można wyjść, i uznały, że byłoby nieuprzejmie wobec tak interesującego odkrycia nie skorzystać z nadarzającej się okazji.
W każdym razie, kiedy Kierownictwo zainteresowało się ich miejscem pobytu, okazało się, że wszystkie pięć opuściło swoje dotychczasowe kwatery.
Nie było w tym nic szczególnie niezwykłego, jeśli pominąć fakt, że stało się to w dwóch różnych klatkach, w dwóch różnych pomieszczeniach, a łączna liczba zbiegów odpowiadała całemu stanowi osobowemu koszatniczek zamieszkujących Centrum.
Kierownictwo obejrzało najpierw jedną klatkę, następnie drugą, po czym wróciło do pierwszej, ponieważ umysł ludzki, skonfrontowany z wydarzeniem sprzecznym z oczekiwaniami, ma zwyczaj ponownie sprawdzać rzeczy oczywiste. Jest to pozostałość po czasach, kiedy takie postępowanie pozwalało ustalić, czy tygrys szablozębny naprawdę wyszedł z jaskini. Niestety, w przypadku koszatniczek metoda ta nie przyniosła żadnych rezultatów. Klatki pozostały puste, co zresztą czyniły z pewną godnością, charakterystyczną dla przedmiotów martwych, których nie można pociągnąć do odpowiedzialności.
Człowiek od tysiącleci próbuje narzucić światu porządek, budując mury, ogrodzenia, zamki i rozmaite urządzenia służące do uniemożliwiania innym stworzeniom dostępu do rzeczy, do których dostępu mieć nie powinny. Z czasem rozwinął nawet skomplikowane systemy prawne wyjaśniające, dlaczego pewnych granic nie należy przekraczać. Koszatniczki najwyraźniej nie zapoznały się z tym dorobkiem, choć istnieje możliwość, że zapoznały się z nim pobieżnie i uznały za mało przekonujący.
Kierownictwo zaczęło podejrzewać, że nie ma do czynienia ze zwykłą ucieczką, lecz z przedsięwzięciem wymagającym pewnego stopnia koordynacji. Pięć koszatniczek, dwa pomieszczenia i dwie osobne klatki tworzyły układ, który trudno było wytłumaczyć przypadkiem, przynajmniej bez przyznania, że człowiek posiada znacznie mniejszą kontrolę nad własnym otoczeniem, niż przywykł sądzić.
Było to podejrzenie upokarzające, zważywszy, że ludzkość zdołała zbudować Wielki Zderzacz Hadronów, urządzenie pozwalające badać najdrobniejsze składniki materii poprzez rozpędzanie cząstek do prędkości bliskich prędkości światła i zmuszanie ich do zderzania się ze sobą. Przedstawiciele tego samego gatunku, który dokonał tak imponującego osiągnięcia, mieli obecnie trudności z utrzymaniem pięciu niewielkich gryzoni w dwóch metalowych klatkach.
Różnica skali była przygnębiająca.
Jeszcze bardziej przygnębiający był fakt, że koszatniczki dokonały swojego wyczynu bez wielomiliardowego budżetu, zespołu fizyków i pomocy międzynarodowej społeczności naukowej. Nie było również żadnych przesłanek wskazujących, aby któraś z nich posiadała wykształcenie techniczne. Kierownictwo uznało jednak, że dalsze rozważania na ten temat mogą doprowadzić do podważenia fundamentów jego wiary w ludzką wyższość intelektualną, i postanowiło skoncentrować się na bardziej praktycznych aspektach sytuacji.
Wówczas pojawił się problem szóstej koszatniczki.
Początkowo nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. Podczas poszukiwań niewielkie zwierzęta przemieszczały się z miejsca na miejsce, pojawiały się za meblami, znikały pod wyposażeniem i wykorzystywały każdą okazję, aby udowodnić człowiekowi, że przestrzeń ma znacznie więcej wymiarów, niż sugeruje szkolny podręcznik geometrii. W pewnej chwili Kierownictwo odniosło jednak bardzo silne wrażenie, że po pomieszczeniach biega nie pięć, lecz sześć koszatniczek.
Była to okoliczność wysoce niewygodna, ponieważ w Centrum mieszkało ich pięć, a liczba ta została wcześniej ustalona z dokładnością, jakiej zwykle oczekuje się od instytucji prowadzącej ewidencję żywych stworzeń.
Kierownictwo policzyło ponownie, lecz wynik okazał się niejednoznaczny. Jedna koszatniczka zniknęła za meblem, druga pojawiła się z przeciwnej strony, trzecia przemknęła przez pomieszczenie z szybkością uniemożliwiającą rozpoznanie, czy była to istotnie trzecia koszatniczka, czy może pierwsza, która zmieniła kierunek. Czwarta pozostawała przez pewien czas w miejscu, co wzbudziło podejrzenie, że przygotowuje coś wyjątkowo niedobrego, a piąta nie wykazywała najmniejszego zainteresowania uczestnictwem w przedsięwzięciu wymagającym współpracy z personelem.
W pewnym momencie było ich sześć. Potem pięć. Następnie cztery, ale tę ostatnią liczbę uznano za niewiarygodną, ponieważ oznaczałaby, że jedna z koszatniczek zniknęła z rzeczywistości całkowicie, a Kierownictwo nie czuło się przygotowane do prowadzenia dochodzenia na tak wysokim poziomie abstrakcji.
Matematyka, która przez kilka tysięcy lat uchodziła za jedną z najbardziej niezawodnych dziedzin ludzkiego poznania, znalazła się w poważnych tarapatach.
Nie było to zresztą jej pierwsze spotkanie z rzeczywistością, ale niewątpliwie jedno z bardziej upokarzających.
Istniało kilka możliwych wyjaśnień. Najprostsze zakładało, że człowiek po prostu policzył jedną koszatniczkę dwukrotnie. Wyjaśnienie to posiadało wszystkie zalety rozsądnej hipotezy, a więc było nudne, nieprzyjemne i odbierało wydarzeniu znaczną część jego tajemniczości. Kierownictwo postanowiło zatem zachować je na wypadek, gdyby pozostałe możliwości okazały się jeszcze bardziej kłopotliwe.
Druga hipoteza zakładała, że przynajmniej jedna koszatniczka potrafi poruszać się tak szybko, iż ludzki obserwator rejestruje ją jako dwa niezależne osobniki. Nie było to całkowicie niemożliwe, zwłaszcza jeśli uwzględnić, że koszatniczki poruszają się często w sposób przypominający niewielkie, futrzaste pociski, które dopiero po wystrzeleniu postanawiają zastanowić się nad kierunkiem lotu.
Trzecia możliwość budziła już jednak znacznie poważniejsze obawy.
Być może szósta koszatniczka naprawdę istniała.
Być może od dawna przebywała na terenie Centrum, żyjąc poza jakąkolwiek ewidencją, korzystając z infrastruktury, nie uczestnicząc w oficjalnych karmieniach i unikając wszelkich kontaktów z administracją. Mogła mieszkać za regałem, pod szafą albo w jednym z tych miejsc, które w ludzkich planach architektonicznych w ogóle nie występują, lecz dla małych gryzoni stanowią całkiem wygodne nieruchomości.
Gdyby tak było, należałoby ustalić nie tylko jej tożsamość, ale również okoliczności przybycia, dotychczasowe źródła utrzymania i ewentualne powiązania z pozostałymi mieszkańcami. Kierownictwo doszło jednak do wniosku, że rozpoczynanie postępowania administracyjnego przeciwko zwierzęciu, którego istnienia nie udało się potwierdzić, mogłoby zostać źle przyjęte przez opinię publiczną.
Rozważono również możliwość zastosowania fizyki kwantowej.
Kierownictwo nie znało się na fizyce kwantowej w stopniu pozwalającym na formułowanie odpowiedzialnych wniosków, ale miało ogólne przekonanie, że jest to dziedzina, w której rzeczy potrafią zachowywać się w sposób sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem, a uczeni zamiast uznać to za problem, otrzymują za wyjaśnienie takiego zachowania nagrody.
Z tego punktu widzenia koszatniczki wydawały się wręcz idealnymi obiektami badawczymi.
Nie można było przecież wykluczyć, że jedna z nich znajdowała się w stanie kwantowej superpozycji, będąc jednocześnie piątą i szóstą koszatniczką, a dopiero próba policzenia powodowała zmianę jej stanu. Tłumaczyłoby to również, dlaczego każde kolejne liczenie przynosiło inne rezultaty, chociaż nie wyjaśniało, w jaki sposób zwierzęta zdołały opuścić klatki.
Po dłuższym namyśle Kierownictwo uznało jednak, że zwracanie się do Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych z prośbą o pomoc w ustaleniu liczby koszatniczek mogłoby wywołać niepotrzebne zainteresowanie mediów.
Poza tym koszatniczki najprawdopodobniej pogryzłyby aparaturę.
Tymczasem poszukiwania trwały, a każdy kolejny kwadrans dostarczał nowych powodów, aby zastanawiać się nad naturą wolności. Ludzie od wieków pisali o niej traktaty, organizowali rewolucje, budowali pomniki i prowadzili wojny, których uczestnicy często nie mogli się później porozumieć, co właściwie zamierzali osiągnąć. Koszatniczki miały podejście znacznie bardziej praktyczne. Dla nich wolność była stanem, w którym można było znaleźć się po drugiej stronie drzwiczek, a wszystkie dalsze kwestie rozstrzygało się już na miejscu.
Był to system pozbawiony rozbudowanej teorii, lecz niewątpliwie posiadający pewne zalety.
Kierownictwo patrzyło na sprawę inaczej. Z jego punktu widzenia wolność pięciu koszatniczek, a być może sześciu, oznaczała konieczność sprawdzania każdego zakamarka, zabezpieczania wyposażenia i prowadzenia poszukiwań w warunkach, w których przeciwnik znał teren równie dobrze, a pod niektórymi względami zdecydowanie lepiej. Człowiek mógł przesunąć szafę, ale koszatniczka mogła znaleźć się za nią bez przesuwania czegokolwiek, co dawało jej pewną przewagę taktyczną.
Przy okazji ujawniła się jeszcze jedna osobliwość tego gatunku. Koszatniczki są zwierzętami towarzyskimi, zdolnymi do tworzenia skomplikowanych relacji społecznych i rozpoznawania członków własnej grupy. Pozostawało tajemnicą, dlaczego stworzenia obdarzone tak rozwiniętym życiem społecznym nie potrafią dojść do wniosku, że pięć osobników biegających w nieprzewidywalnych kierunkach stanowi dla człowieka poważne utrudnienie, podczas gdy pozostawanie w jednym miejscu znacznie uprościłoby wszystkim życie.
Być może jednak doskonale zdawały sobie z tego sprawę.
Myśl ta była na tyle niepokojąca, że Kierownictwo postanowiło jej nie rozwijać.
W końcu istnieją granice tego, ile prawdy o własnych podopiecznych człowiek jest w stanie znieść, nie tracąc przy tym resztek godności.
Ostatecznie wszystkie koszatniczki udało się schwytać, co Kierownictwo przyjęło z ulgą właściwą ludziom, którzy odzyskali coś cennego, choć przez pewien czas poważnie rozważali, czy nie lepiej byłoby udawać, że nigdy tego nie posiadali.
Pięć zwierząt wróciło do dwóch klatek, pomieszczenia odzyskały dawny porządek, a podstawowe prawa matematyki, choć poważnie nadwyrężone, zdawały się ponownie obowiązywać. Pozostawała jedynie drobna kwestia, której znaczenie Kierownictwo uświadomiło sobie dopiero po zakończeniu całej operacji.
Nie było mianowicie pewności, czy koszatniczki wróciły do klatek w tym samym składzie osobowym, w jakim je opuściły.
Problem był natury zasadniczej. Podczas ucieczki zwierzęta przemieszczały się z miejsca na miejsce, nie wykazując najmniejszego zainteresowania zachowaniem pierwotnego podziału administracyjnego. Nie posiadały również dokumentów tożsamości, a próby ustalenia, która koszatniczka mieszkała wcześniej z którą, napotykały trudności wynikające przede wszystkim z faktu, że wszystkie zainteresowane strony miały na ten temat własne zdanie, lecz żadna nie zamierzała go ujawniać.
Kierownictwo do dziś zastanawia się więc, czy udało mu się przywrócić stan sprzed ucieczki, czy jedynie stworzyć jego dostatecznie przekonującą imitację.
Nie można było nawet wykluczyć, że koszatniczki dokonały przy okazji dobrowolnej reorganizacji stosunków sąsiedzkich, wykorzystując zamieszanie do przeprowadzenia zmian, na które w normalnych okolicznościach administracja nigdy nie wyraziłaby zgody.
W dokumentacji Domu Gryzoni nadal figurowało pięć koszatniczek, rozmieszczonych w dwóch klatkach. Liczby się zgadzały, stan ogólny został przywrócony, a całe przedsięwzięcie można było uznać za zakończone sukcesem.
Kierownictwo postanowiło nie drążyć sprawy.
Koszatniczki również.
Było to prawdopodobnie pierwsze i jedyne porozumienie, jakie obie strony osiągnęły w trakcie całego wydarzenia.
A konsekwencje były poważne.
Koszatniczka posiada bowiem inteligencję, której istnienie trudno kwestionować, choć jeszcze trudniej zrozumieć, czemu właściwie służy. Potrafi rozwiązywać problemy, zapamiętywać skomplikowane zależności, uczyć się na podstawie doświadczeń i z zadziwiającą konsekwencją dążyć do raz obranego celu. Nieszczęście polega na tym, że celem tym bywa najczęściej przedostanie się za szafę albo sprawdzenie, czy da się rozebrać na części przedmiot, który człowiek kupił zaledwie wczoraj.
Gdyby podobne zdolności intelektualne połączyć z odrobiną rozwagi, koszatniczki mogłyby prawdopodobnie stworzyć własną cywilizację. Nie zrobiły tego jednak, ponieważ cywilizacja wymaga przestrzegania pewnych zasad, a koszatniczki uważają zasady za rodzaj przeszkody terenowej. Ich stosunek do rzeczywistości jest zresztą godny podziwu. Nie zastanawiają się długo, czy coś jest możliwe. Zaczynają od sprawdzenia, czy można to pogryźć, następnie próbują się na to wspiąć, a dopiero gdy obie metody zawodzą, rozważają zastosowanie bardziej skomplikowanych środków. Przy odpowiedniej liczbie koszatniczek jest to metoda niemal naukowa, z tą różnicą, że naukowcy na ogół starają się nie zjadać aparatury pomiarowej.
W Domu Gryzoni mieszkało pięć takich stworzeń, rozlokowanych w dwóch klatkach, znajdujących się w dwóch różnych pomieszczeniach. Był to układ podyktowany względami organizacyjnymi, który Kierownictwu wydawał się całkowicie rozsądny. Klatki posiadały ściany, drzwiczki i odpowiednie zamknięcia, pomieszczenia oddzielały drzwi, a całość sprawiała wrażenie systemu zaprojektowanego przez ludzi, którzy wiedzą, co robią.
To ostatnie przekonanie miało się wkrótce okazać szczególnie niefortunne.
Nie wiadomo dokładnie, kiedy rozpoczęły się przygotowania do ucieczki. Być może trwały od dawna, prowadzone cierpliwie, metodycznie i z wykorzystaniem wiedzy o zwyczajach personelu. Być może decyzja zapadła spontanicznie, w przypływie nagłego zainteresowania światem zewnętrznym. Nie można również wykluczyć, że koszatniczki wcale nie planowały ucieczki, lecz pewnego dnia odkryły, że z klatki można wyjść, i uznały, że byłoby nieuprzejmie wobec tak interesującego odkrycia nie skorzystać z nadarzającej się okazji.
W każdym razie, kiedy Kierownictwo zainteresowało się ich miejscem pobytu, okazało się, że wszystkie pięć opuściło swoje dotychczasowe kwatery.
Nie było w tym nic szczególnie niezwykłego, jeśli pominąć fakt, że stało się to w dwóch różnych klatkach, w dwóch różnych pomieszczeniach, a łączna liczba zbiegów odpowiadała całemu stanowi osobowemu koszatniczek zamieszkujących Centrum.
Kierownictwo obejrzało najpierw jedną klatkę, następnie drugą, po czym wróciło do pierwszej, ponieważ umysł ludzki, skonfrontowany z wydarzeniem sprzecznym z oczekiwaniami, ma zwyczaj ponownie sprawdzać rzeczy oczywiste. Jest to pozostałość po czasach, kiedy takie postępowanie pozwalało ustalić, czy tygrys szablozębny naprawdę wyszedł z jaskini. Niestety, w przypadku koszatniczek metoda ta nie przyniosła żadnych rezultatów. Klatki pozostały puste, co zresztą czyniły z pewną godnością, charakterystyczną dla przedmiotów martwych, których nie można pociągnąć do odpowiedzialności.
Człowiek od tysiącleci próbuje narzucić światu porządek, budując mury, ogrodzenia, zamki i rozmaite urządzenia służące do uniemożliwiania innym stworzeniom dostępu do rzeczy, do których dostępu mieć nie powinny. Z czasem rozwinął nawet skomplikowane systemy prawne wyjaśniające, dlaczego pewnych granic nie należy przekraczać. Koszatniczki najwyraźniej nie zapoznały się z tym dorobkiem, choć istnieje możliwość, że zapoznały się z nim pobieżnie i uznały za mało przekonujący.
Kierownictwo zaczęło podejrzewać, że nie ma do czynienia ze zwykłą ucieczką, lecz z przedsięwzięciem wymagającym pewnego stopnia koordynacji. Pięć koszatniczek, dwa pomieszczenia i dwie osobne klatki tworzyły układ, który trudno było wytłumaczyć przypadkiem, przynajmniej bez przyznania, że człowiek posiada znacznie mniejszą kontrolę nad własnym otoczeniem, niż przywykł sądzić.
Było to podejrzenie upokarzające, zważywszy, że ludzkość zdołała zbudować Wielki Zderzacz Hadronów, urządzenie pozwalające badać najdrobniejsze składniki materii poprzez rozpędzanie cząstek do prędkości bliskich prędkości światła i zmuszanie ich do zderzania się ze sobą. Przedstawiciele tego samego gatunku, który dokonał tak imponującego osiągnięcia, mieli obecnie trudności z utrzymaniem pięciu niewielkich gryzoni w dwóch metalowych klatkach.
Różnica skali była przygnębiająca.
Jeszcze bardziej przygnębiający był fakt, że koszatniczki dokonały swojego wyczynu bez wielomiliardowego budżetu, zespołu fizyków i pomocy międzynarodowej społeczności naukowej. Nie było również żadnych przesłanek wskazujących, aby któraś z nich posiadała wykształcenie techniczne. Kierownictwo uznało jednak, że dalsze rozważania na ten temat mogą doprowadzić do podważenia fundamentów jego wiary w ludzką wyższość intelektualną, i postanowiło skoncentrować się na bardziej praktycznych aspektach sytuacji.
Wówczas pojawił się problem szóstej koszatniczki.
Początkowo nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. Podczas poszukiwań niewielkie zwierzęta przemieszczały się z miejsca na miejsce, pojawiały się za meblami, znikały pod wyposażeniem i wykorzystywały każdą okazję, aby udowodnić człowiekowi, że przestrzeń ma znacznie więcej wymiarów, niż sugeruje szkolny podręcznik geometrii. W pewnej chwili Kierownictwo odniosło jednak bardzo silne wrażenie, że po pomieszczeniach biega nie pięć, lecz sześć koszatniczek.
Była to okoliczność wysoce niewygodna, ponieważ w Centrum mieszkało ich pięć, a liczba ta została wcześniej ustalona z dokładnością, jakiej zwykle oczekuje się od instytucji prowadzącej ewidencję żywych stworzeń.
Kierownictwo policzyło ponownie, lecz wynik okazał się niejednoznaczny. Jedna koszatniczka zniknęła za meblem, druga pojawiła się z przeciwnej strony, trzecia przemknęła przez pomieszczenie z szybkością uniemożliwiającą rozpoznanie, czy była to istotnie trzecia koszatniczka, czy może pierwsza, która zmieniła kierunek. Czwarta pozostawała przez pewien czas w miejscu, co wzbudziło podejrzenie, że przygotowuje coś wyjątkowo niedobrego, a piąta nie wykazywała najmniejszego zainteresowania uczestnictwem w przedsięwzięciu wymagającym współpracy z personelem.
W pewnym momencie było ich sześć. Potem pięć. Następnie cztery, ale tę ostatnią liczbę uznano za niewiarygodną, ponieważ oznaczałaby, że jedna z koszatniczek zniknęła z rzeczywistości całkowicie, a Kierownictwo nie czuło się przygotowane do prowadzenia dochodzenia na tak wysokim poziomie abstrakcji.
Matematyka, która przez kilka tysięcy lat uchodziła za jedną z najbardziej niezawodnych dziedzin ludzkiego poznania, znalazła się w poważnych tarapatach.
Nie było to zresztą jej pierwsze spotkanie z rzeczywistością, ale niewątpliwie jedno z bardziej upokarzających.
Istniało kilka możliwych wyjaśnień. Najprostsze zakładało, że człowiek po prostu policzył jedną koszatniczkę dwukrotnie. Wyjaśnienie to posiadało wszystkie zalety rozsądnej hipotezy, a więc było nudne, nieprzyjemne i odbierało wydarzeniu znaczną część jego tajemniczości. Kierownictwo postanowiło zatem zachować je na wypadek, gdyby pozostałe możliwości okazały się jeszcze bardziej kłopotliwe.
Druga hipoteza zakładała, że przynajmniej jedna koszatniczka potrafi poruszać się tak szybko, iż ludzki obserwator rejestruje ją jako dwa niezależne osobniki. Nie było to całkowicie niemożliwe, zwłaszcza jeśli uwzględnić, że koszatniczki poruszają się często w sposób przypominający niewielkie, futrzaste pociski, które dopiero po wystrzeleniu postanawiają zastanowić się nad kierunkiem lotu.
Trzecia możliwość budziła już jednak znacznie poważniejsze obawy.
Być może szósta koszatniczka naprawdę istniała.
Być może od dawna przebywała na terenie Centrum, żyjąc poza jakąkolwiek ewidencją, korzystając z infrastruktury, nie uczestnicząc w oficjalnych karmieniach i unikając wszelkich kontaktów z administracją. Mogła mieszkać za regałem, pod szafą albo w jednym z tych miejsc, które w ludzkich planach architektonicznych w ogóle nie występują, lecz dla małych gryzoni stanowią całkiem wygodne nieruchomości.
Gdyby tak było, należałoby ustalić nie tylko jej tożsamość, ale również okoliczności przybycia, dotychczasowe źródła utrzymania i ewentualne powiązania z pozostałymi mieszkańcami. Kierownictwo doszło jednak do wniosku, że rozpoczynanie postępowania administracyjnego przeciwko zwierzęciu, którego istnienia nie udało się potwierdzić, mogłoby zostać źle przyjęte przez opinię publiczną.
Rozważono również możliwość zastosowania fizyki kwantowej.
Kierownictwo nie znało się na fizyce kwantowej w stopniu pozwalającym na formułowanie odpowiedzialnych wniosków, ale miało ogólne przekonanie, że jest to dziedzina, w której rzeczy potrafią zachowywać się w sposób sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem, a uczeni zamiast uznać to za problem, otrzymują za wyjaśnienie takiego zachowania nagrody.
Z tego punktu widzenia koszatniczki wydawały się wręcz idealnymi obiektami badawczymi.
Nie można było przecież wykluczyć, że jedna z nich znajdowała się w stanie kwantowej superpozycji, będąc jednocześnie piątą i szóstą koszatniczką, a dopiero próba policzenia powodowała zmianę jej stanu. Tłumaczyłoby to również, dlaczego każde kolejne liczenie przynosiło inne rezultaty, chociaż nie wyjaśniało, w jaki sposób zwierzęta zdołały opuścić klatki.
Po dłuższym namyśle Kierownictwo uznało jednak, że zwracanie się do Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych z prośbą o pomoc w ustaleniu liczby koszatniczek mogłoby wywołać niepotrzebne zainteresowanie mediów.
Poza tym koszatniczki najprawdopodobniej pogryzłyby aparaturę.
Tymczasem poszukiwania trwały, a każdy kolejny kwadrans dostarczał nowych powodów, aby zastanawiać się nad naturą wolności. Ludzie od wieków pisali o niej traktaty, organizowali rewolucje, budowali pomniki i prowadzili wojny, których uczestnicy często nie mogli się później porozumieć, co właściwie zamierzali osiągnąć. Koszatniczki miały podejście znacznie bardziej praktyczne. Dla nich wolność była stanem, w którym można było znaleźć się po drugiej stronie drzwiczek, a wszystkie dalsze kwestie rozstrzygało się już na miejscu.
Był to system pozbawiony rozbudowanej teorii, lecz niewątpliwie posiadający pewne zalety.
Kierownictwo patrzyło na sprawę inaczej. Z jego punktu widzenia wolność pięciu koszatniczek, a być może sześciu, oznaczała konieczność sprawdzania każdego zakamarka, zabezpieczania wyposażenia i prowadzenia poszukiwań w warunkach, w których przeciwnik znał teren równie dobrze, a pod niektórymi względami zdecydowanie lepiej. Człowiek mógł przesunąć szafę, ale koszatniczka mogła znaleźć się za nią bez przesuwania czegokolwiek, co dawało jej pewną przewagę taktyczną.
Przy okazji ujawniła się jeszcze jedna osobliwość tego gatunku. Koszatniczki są zwierzętami towarzyskimi, zdolnymi do tworzenia skomplikowanych relacji społecznych i rozpoznawania członków własnej grupy. Pozostawało tajemnicą, dlaczego stworzenia obdarzone tak rozwiniętym życiem społecznym nie potrafią dojść do wniosku, że pięć osobników biegających w nieprzewidywalnych kierunkach stanowi dla człowieka poważne utrudnienie, podczas gdy pozostawanie w jednym miejscu znacznie uprościłoby wszystkim życie.
Być może jednak doskonale zdawały sobie z tego sprawę.
Myśl ta była na tyle niepokojąca, że Kierownictwo postanowiło jej nie rozwijać.
W końcu istnieją granice tego, ile prawdy o własnych podopiecznych człowiek jest w stanie znieść, nie tracąc przy tym resztek godności.
Ostatecznie wszystkie koszatniczki udało się schwytać, co Kierownictwo przyjęło z ulgą właściwą ludziom, którzy odzyskali coś cennego, choć przez pewien czas poważnie rozważali, czy nie lepiej byłoby udawać, że nigdy tego nie posiadali.
Pięć zwierząt wróciło do dwóch klatek, pomieszczenia odzyskały dawny porządek, a podstawowe prawa matematyki, choć poważnie nadwyrężone, zdawały się ponownie obowiązywać. Pozostawała jedynie drobna kwestia, której znaczenie Kierownictwo uświadomiło sobie dopiero po zakończeniu całej operacji.
Nie było mianowicie pewności, czy koszatniczki wróciły do klatek w tym samym składzie osobowym, w jakim je opuściły.
Problem był natury zasadniczej. Podczas ucieczki zwierzęta przemieszczały się z miejsca na miejsce, nie wykazując najmniejszego zainteresowania zachowaniem pierwotnego podziału administracyjnego. Nie posiadały również dokumentów tożsamości, a próby ustalenia, która koszatniczka mieszkała wcześniej z którą, napotykały trudności wynikające przede wszystkim z faktu, że wszystkie zainteresowane strony miały na ten temat własne zdanie, lecz żadna nie zamierzała go ujawniać.
Kierownictwo do dziś zastanawia się więc, czy udało mu się przywrócić stan sprzed ucieczki, czy jedynie stworzyć jego dostatecznie przekonującą imitację.
Nie można było nawet wykluczyć, że koszatniczki dokonały przy okazji dobrowolnej reorganizacji stosunków sąsiedzkich, wykorzystując zamieszanie do przeprowadzenia zmian, na które w normalnych okolicznościach administracja nigdy nie wyraziłaby zgody.
W dokumentacji Domu Gryzoni nadal figurowało pięć koszatniczek, rozmieszczonych w dwóch klatkach. Liczby się zgadzały, stan ogólny został przywrócony, a całe przedsięwzięcie można było uznać za zakończone sukcesem.
Kierownictwo postanowiło nie drążyć sprawy.
Koszatniczki również.
Było to prawdopodobnie pierwsze i jedyne porozumienie, jakie obie strony osiągnęły w trakcie całego wydarzenia.
PRZYPISY
¹ Harry Houdini, jeden z najsłynniejszych iluzjonistów w historii, zdobył rozgłos dzięki umiejętności wydostawania się z zamkniętych pomieszczeń, kajdan oraz innych urządzeń zaprojektowanych specjalnie po to, aby nie można było się z nich wydostać. Koszatniczki osiągają podobne rezultaty, nie wymagając przy tym honorariów ani reklamy. Z tego powodu nie zrobiły dotychczas kariery scenicznej, choć trudno wykluczyć, że po prostu nie są nią zainteresowane.
² W naukach przyrodniczych obserwator może wpływać na przebieg pomiaru, choć niekoniecznie w sposób, w jaki zwykło się to przedstawiać w popularnych opowieściach o fizyce kwantowej. W Domu Gryzoni wpływ ten jest szczególnie wyraźny. Zwierzę, które przed rozpoczęciem liczenia siedzi spokojnie, po zauważeniu człowieka zazwyczaj przestaje siedzieć spokojnie, przez co liczba wyników możliwych do uzyskania w krótkim czasie staje się zaskakująco duża.
³ Liczba sześć jest liczbą naturalną następującą bezpośrednio po pięciu. Jej podstawowe właściwości matematyczne nie budzą kontrowersji. Kontrowersje pojawiają się dopiero wtedy, gdy próbuje się zastosować je do koszatniczek.
⁴ Wielki Zderzacz Hadronów znajduje się w pobliżu Genewy i jest jednym z najbardziej skomplikowanych urządzeń badawczych skonstruowanych przez człowieka. Nie wiadomo, czy jego twórcy mieli kiedykolwiek do czynienia z koszatniczkami. Gdyby tak było, być może zamiast budować podziemny tunel o obwodzie 27 kilometrów, skoncentrowaliby swoje wysiłki na opracowaniu naprawdę skutecznego zamknięcia do klatki.
⁵ W następstwie opisanych wydarzeń drzwiczki obu klatek wyposażono w dodatkowe zabezpieczenia, wskutek czego ich otwieranie przypomina obecnie wyprawę na pocztę pewnej starszej pani, która przez ostatnie czterdzieści lat systematycznie uzupełniała drzwi wejściowe o kolejne zamki, zasuwy i łańcuchy, aż samo opuszczenie mieszkania stało się przedsięwzięciem wymagającym wcześniejszego zaplanowania. Istnieje jednak pewna zasadnicza różnica. Starsza pani zabezpiecza swoje mieszkanie przed osobami, które mogłyby próbować dostać się do środka. W Domu Gryzoni natomiast wszystkie te środki ostrożności zastosowano przeciwko osobnikom, które już znajdowały się wewnątrz, a przy tym wykazywały znacznie większe zainteresowanie mechanizmami zamków niż przeciętny włamywacz.
² W naukach przyrodniczych obserwator może wpływać na przebieg pomiaru, choć niekoniecznie w sposób, w jaki zwykło się to przedstawiać w popularnych opowieściach o fizyce kwantowej. W Domu Gryzoni wpływ ten jest szczególnie wyraźny. Zwierzę, które przed rozpoczęciem liczenia siedzi spokojnie, po zauważeniu człowieka zazwyczaj przestaje siedzieć spokojnie, przez co liczba wyników możliwych do uzyskania w krótkim czasie staje się zaskakująco duża.
³ Liczba sześć jest liczbą naturalną następującą bezpośrednio po pięciu. Jej podstawowe właściwości matematyczne nie budzą kontrowersji. Kontrowersje pojawiają się dopiero wtedy, gdy próbuje się zastosować je do koszatniczek.
⁴ Wielki Zderzacz Hadronów znajduje się w pobliżu Genewy i jest jednym z najbardziej skomplikowanych urządzeń badawczych skonstruowanych przez człowieka. Nie wiadomo, czy jego twórcy mieli kiedykolwiek do czynienia z koszatniczkami. Gdyby tak było, być może zamiast budować podziemny tunel o obwodzie 27 kilometrów, skoncentrowaliby swoje wysiłki na opracowaniu naprawdę skutecznego zamknięcia do klatki.
⁵ W następstwie opisanych wydarzeń drzwiczki obu klatek wyposażono w dodatkowe zabezpieczenia, wskutek czego ich otwieranie przypomina obecnie wyprawę na pocztę pewnej starszej pani, która przez ostatnie czterdzieści lat systematycznie uzupełniała drzwi wejściowe o kolejne zamki, zasuwy i łańcuchy, aż samo opuszczenie mieszkania stało się przedsięwzięciem wymagającym wcześniejszego zaplanowania. Istnieje jednak pewna zasadnicza różnica. Starsza pani zabezpiecza swoje mieszkanie przed osobami, które mogłyby próbować dostać się do środka. W Domu Gryzoni natomiast wszystkie te środki ostrożności zastosowano przeciwko osobnikom, które już znajdowały się wewnątrz, a przy tym wykazywały znacznie większe zainteresowanie mechanizmami zamków niż przeciętny włamywacz.