
Leszek przybył do Domu Gryzoni wraz z imieniem, opinią na temat własnej płci oraz głębokim przekonaniem, że ludzie są stworzeniami, których najlepiej unikać. Zwłaszcza jeśli wyciągają ręce, mówią łagodnym głosem i zapewniają, że wszystko będzie dobrze. Doświadczenie podpowiadało Leszkowi, że takie zapewnienia wygłaszają zazwyczaj istoty, które za chwilę zamierzają zrobić coś wysoce nieprzyjemnego.
Leszek był świnką morską, co samo w sobie stanowiło pewien sukces ludzkiej fantazji, ponieważ zwierzę to nie jest ani świnią, ani stworzeniem morskim. Przyrodnicy od dawna próbowali uporządkować podobne nieporozumienia, nadając zwierzętom nazwy łacińskie, co pozwalało przynajmniej prowadzić naukowe dyskusje bez konieczności wyjaśniania, dlaczego świnka morska nie posiada płetw.
W Domu Gryzoni nikt jednak nie zamierzał kwestionować przynależności gatunkowej Leszka. Sprawa wydawała się dostatecznie jasna, a Kierownictwo miało ważniejsze zajęcia niż roztrząsanie błędów popełnionych przez poprzednie pokolenia zoologów.
Leszek trafił do Centrum jako samiec. Tak przynajmniej wynikało z informacji przekazanych wraz ze zwierzęciem, a Kierownictwo nie miało wówczas powodów, aby podawać je w wątpliwość. Oczywiście doświadczenie uczyło, że informacje towarzyszące zwierzętom bywają niekiedy równie wiarygodne jak zapewnienia człowieka sprzedającego używany samochód, że dziwny odgłos silnika jest całkowicie normalny dla tego modelu. Nie oznaczało to jednak, że każdą nowo przybyłą świnkę morską należy natychmiast poddać przesłuchaniu.
Zwłaszcza że Leszek bardzo się bał.
Nie był to strach szczególnie widowiskowy. Małe zwierzęta rzadko reagują na niepewność wygłaszaniem dramatycznych przemówień. Zazwyczaj starają się po prostu stać jeszcze mniejsze, co w przypadku świnki morskiej bywa zadaniem wymagającym znacznego wysiłku.
Kierownictwo postanowiło więc dać Leszkowi czas na oswojenie się z nowym otoczeniem. Wizyta u weterynarza była już zaplanowana, dokładniejszy przegląd mógł poczekać, a ponieważ Leszek mieszkał sam, nie było pilnej potrzeby ustalania jego płci przed łączeniem z innymi zwierzętami. Zadbano o jego bieżące potrzeby i pozostawiono go w spokoju, uznając, że przynajmniej na początku nowej znajomości nie należy wymagać od przestraszonego gryzonia więcej, niż jest skłonny zaoferować.
Była to decyzja rozsądna, podyktowana troską o zwierzę i oparta na wszystkich dostępnych informacjach.
W historii Domu Gryzoni wiele poważnych komplikacji zaczynało się właśnie w ten sposób.
Przez krótki czas wszystko przebiegało zgodnie z planem. Leszek zajmował swoje lokum, otrzymywał jedzenie i stopniowo przyzwyczajał się do rzeczywistości, w której człowiek pojawiał się regularnie, najczęściej niosąc coś jadalnego. Kierownictwo miało tymczasem wystarczająco dużo obowiązków związanych z pozostałymi mieszkańcami, by nie poświęcać szczególnej uwagi zwierzęciu, które nie sprawiało problemów i którego najważniejszą potrzebą był święty spokój.
Natura obserwowała te przygotowania z właściwą sobie obojętnością.
Natura bowiem nie jest instytucją, która szczególnie ceni harmonogramy. Nie posiada sekretariatu, nie przyjmuje zgłoszeń i nie uważa, że zaplanowana wizyta u weterynarza powinna mieć jakikolwiek wpływ na przebieg procesów biologicznych. Od kilku miliardów lat realizuje swoje przedsięwzięcia bez konsultowania ich z zainteresowanymi stronami, co w innych okolicznościach mogłoby doprowadzić do poważnych zastrzeżeń ze strony administracji.¹
W przypadku Leszka postanowiła kontynuować tę tradycję.
Pewnego dnia okazało się bowiem, że w jego klatce znajdują się dwie dodatkowe świnki morskie.
Nie przyniesiono ich z innego pomieszczenia, nie przyjęto na podstawie zgłoszenia i nie znaleziono pod drzwiami Centrum w kartonowym pudełku. Pojawiły się w sposób doskonale znany biologii, choć w danych okolicznościach raczej niespodziewany.
Leszek urodził dwoje dzieci.
Kierownictwo musiało poświęcić chwilę na przemyślenie tej informacji, ponieważ zgodnie z dotychczasową wiedzą Leszek był samcem, a samce świnek morskich nie rodzą potomstwa. Jest to jedna z tych zasad biologii, które uważa się za na tyle dobrze ustalone, że nie wymagają codziennego potwierdzania.
Powstały zatem dwie możliwości. Albo Leszek dokonał odkrycia, które wymagałoby gruntownego przepisania podręczników zoologii, albo informacje przekazane przy jego przyjęciu zawierały pewną nieścisłość.
Kierownictwo, choć perspektywa zapisania się w historii nauki była niewątpliwie kusząca, skłoniło się ku drugiemu wyjaśnieniu.
Leszek był samicą.
Co więcej, był samicą już od dłuższego czasu i najwyraźniej nie uważał za konieczne informowania o tym kogokolwiek. Całe zamieszanie wynikało wyłącznie z ludzkiego przekonania, że skoro coś zostało nazwane i opisane, rzeczywistość powinna dostosować się do otrzymanych informacji.
Leszek nie tylko nie zamierzał się dostosowywać, ale właśnie przedstawił dwa niewielkie, żywe dowody na to, że wcześniejsza dokumentacja wymaga korekty.
Sama zainteresowana nie wykazywała szczególnego przejęcia odkryciem Kierownictwa. Z jej punktu widzenia nie zaszła żadna zmiana wymagająca wyjaśnień. Była samicą przed przybyciem do Centrum, pozostawała nią podczas aklimatyzacji i nie przestała nią być tylko dlatego, że ktoś wpisał coś innego do odpowiedniej rubryki.
Człowiek natomiast posiada osobliwą zdolność do przeżywania głębokiego zdumienia w chwili, gdy rzeczywistość okazuje się niezgodna z jego własnymi notatkami.
Narodziny dwojga dzieci spowodowały konieczność ponownego uporządkowania stanu osobowego. Leszek, który przybył jako pojedynczy samiec, stał się matką trzyosobowej rodziny, a wszystko to wydarzyło się w czasie krótszym, niż Kierownictwo przewidziało na zakończenie zwyczajnych procedur związanych z przyjęciem nowego mieszkańca.
Pozostawała jeszcze kwestia imion.
Ludzie od dawna nadają imiona niemal wszystkiemu, co wpadnie im w ręce, od dzieci i zwierząt po statki, burze oraz szczególnie kapryśne urządzenia gospodarstwa domowego. Jest to zwyczaj zrozumiały, ponieważ znacznie łatwiej zdenerwować się na pralkę imieniem Barbara niż na bezosobowy mechanizm służący do obracania mokrych ubrań.
Nowi mieszkańcy Domu Gryzoni otrzymali imiona Mieczysław i Grażyna.
Były to imiona poważne, o bogatej tradycji, sugerujące osoby posiadające doświadczenie życiowe, ustabilizowaną sytuację zawodową i wyrobione poglądy na temat porządku w gospodarstwie domowym. Ich właściciele byli tymczasem dwiema młodymi świnkami morskimi, których największym osiągnięciem było dotychczas przyjście na świat.
Nie stanowiło to szczególnej przeszkody. W historii ludzkości zdarzali się przecież władcy, którzy otrzymywali swoje tytuły, zanim nauczyli się samodzielnie siadać, a mimo to ich otoczenie uważało za stosowne zwracać się do nich z należytym szacunkiem.
Kierownictwo uznało więc, że Mieczysławowi i Grażynie należy dać czas na dorastanie do własnych imion.
W ten sposób powstała rodzina, której opis wymagał pewnej dyscypliny językowej. Mieczysław był synem Leszka, Grażyna córką Leszka, a Leszek matką obojga, co stanowiło zestaw informacji całkowicie prawdziwych, lecz mogących wzbudzić podejrzenia u każdego urzędnika, który nie znał okoliczności sprawy.
Trzeba przyznać, że język polski zachował się w tej sytuacji z pewną godnością. Pomimo licznych komplikacji nie zażądał sprostowania aktu urodzenia ani zmiany imienia matki. Kierownictwo również postanowiło nie ingerować w to, co najwyraźniej funkcjonowało bez jego pomocy.
Życie rodziny Leszka toczyło się dalej, choć w miarę upływu czasu stało się jasne, że przyroda nie zakończyła jeszcze swojego udziału w reorganizacji Centrum.
Mieczysław dorastał, a wraz z nim pojawiła się potrzeba zapewnienia mu odpowiedniego towarzystwa i oddzielenia od matki oraz siostry. Samce świnek morskich osiągają bowiem dojrzałość płciową stosunkowo wcześnie, nie przejawiając przy tym zainteresowania ludzkimi pojęciami pokrewieństwa ani zasadami prowadzenia gospodarstwa rodzinnego.
Mieczysław trafił więc do Teddy'ego, który zakończył już leczenie grzybicy i mógł przyjąć nowego współlokatora.²
Była to kolejna zmiana w życiu zwierzęcia, które jeszcze niedawno nie istniało w żadnym rejestrze, a teraz posiadało już imię, historię rodzinną i własną przeprowadzkę.
Kierownictwo przyjęło tę okoliczność ze spokojem wynikającym przede wszystkim z faktu, że po wydarzeniach związanych z Leszkiem jego oczekiwania wobec przewidywalności życia zostały znacznie ograniczone.
W dokumentacji dokonano stosownych zmian. Poprawiono informacje dotyczące płci, odnotowano narodziny, nadano imiona, a następnie uwzględniono przeprowadzkę Mieczysława. Wszystko się zgadzało, przynajmniej według wiedzy, jaką dysponowano w danym momencie.³
Pozostała jedynie kwestia imienia Leszek.
Od czasu do czasu ktoś sugerował, że skoro Leszek okazał się samicą, być może należałoby nadać mu imię bardziej odpowiadające przyjętym zwyczajom.
Kierownictwo rozważało ten pomysł, ale nie znalazło przekonującego uzasadnienia. Leszek był Leszkiem, zanim trafił do Centrum, był Leszkiem w chwili narodzin Mieczysława i Grażyny i nie dał żadnego powodu do przypuszczeń, że chciałby nazywać się inaczej. Zmiana imienia byłaby więc przedsięwzięciem służącym wyłącznie poprawie samopoczucia ludzi, których poczucie porządku zostało naruszone przez niewielkiego gryzonia.
Ostatecznie uznano, że skoro Leszek bez trudu poradził sobie z macierzyństwem, Kierownictwo powinno potrafić poradzić sobie z Leszkiem.
I tak pozostało.
Gdzieś w dokumentacji Domu Gryzoni nadal istnieje zatem zapis informujący, że Mieczysław i Grażyna są dziećmi Leszka. Jest on całkowicie prawidłowy, zgodny z rzeczywistością i nie wymaga żadnych poprawek, choć zapewne jeszcze niejeden człowiek spojrzy na niego z podejrzliwością.
Leszek natomiast nie zgłaszał zastrzeżeń.
Być może dlatego, że przez cały czas wiedział o sobie coś, czego Kierownictwo dopiero musiało się dowiedzieć.
A być może dlatego, że w przeciwieństwie do ludzi nigdy nie uważał imienia za sprawę szczególnie ważną.
W końcu nawet najbardziej wyszukane imię nie nadaje się do jedzenia.
Leszek był świnką morską, co samo w sobie stanowiło pewien sukces ludzkiej fantazji, ponieważ zwierzę to nie jest ani świnią, ani stworzeniem morskim. Przyrodnicy od dawna próbowali uporządkować podobne nieporozumienia, nadając zwierzętom nazwy łacińskie, co pozwalało przynajmniej prowadzić naukowe dyskusje bez konieczności wyjaśniania, dlaczego świnka morska nie posiada płetw.
W Domu Gryzoni nikt jednak nie zamierzał kwestionować przynależności gatunkowej Leszka. Sprawa wydawała się dostatecznie jasna, a Kierownictwo miało ważniejsze zajęcia niż roztrząsanie błędów popełnionych przez poprzednie pokolenia zoologów.
Leszek trafił do Centrum jako samiec. Tak przynajmniej wynikało z informacji przekazanych wraz ze zwierzęciem, a Kierownictwo nie miało wówczas powodów, aby podawać je w wątpliwość. Oczywiście doświadczenie uczyło, że informacje towarzyszące zwierzętom bywają niekiedy równie wiarygodne jak zapewnienia człowieka sprzedającego używany samochód, że dziwny odgłos silnika jest całkowicie normalny dla tego modelu. Nie oznaczało to jednak, że każdą nowo przybyłą świnkę morską należy natychmiast poddać przesłuchaniu.
Zwłaszcza że Leszek bardzo się bał.
Nie był to strach szczególnie widowiskowy. Małe zwierzęta rzadko reagują na niepewność wygłaszaniem dramatycznych przemówień. Zazwyczaj starają się po prostu stać jeszcze mniejsze, co w przypadku świnki morskiej bywa zadaniem wymagającym znacznego wysiłku.
Kierownictwo postanowiło więc dać Leszkowi czas na oswojenie się z nowym otoczeniem. Wizyta u weterynarza była już zaplanowana, dokładniejszy przegląd mógł poczekać, a ponieważ Leszek mieszkał sam, nie było pilnej potrzeby ustalania jego płci przed łączeniem z innymi zwierzętami. Zadbano o jego bieżące potrzeby i pozostawiono go w spokoju, uznając, że przynajmniej na początku nowej znajomości nie należy wymagać od przestraszonego gryzonia więcej, niż jest skłonny zaoferować.
Była to decyzja rozsądna, podyktowana troską o zwierzę i oparta na wszystkich dostępnych informacjach.
W historii Domu Gryzoni wiele poważnych komplikacji zaczynało się właśnie w ten sposób.
Przez krótki czas wszystko przebiegało zgodnie z planem. Leszek zajmował swoje lokum, otrzymywał jedzenie i stopniowo przyzwyczajał się do rzeczywistości, w której człowiek pojawiał się regularnie, najczęściej niosąc coś jadalnego. Kierownictwo miało tymczasem wystarczająco dużo obowiązków związanych z pozostałymi mieszkańcami, by nie poświęcać szczególnej uwagi zwierzęciu, które nie sprawiało problemów i którego najważniejszą potrzebą był święty spokój.
Natura obserwowała te przygotowania z właściwą sobie obojętnością.
Natura bowiem nie jest instytucją, która szczególnie ceni harmonogramy. Nie posiada sekretariatu, nie przyjmuje zgłoszeń i nie uważa, że zaplanowana wizyta u weterynarza powinna mieć jakikolwiek wpływ na przebieg procesów biologicznych. Od kilku miliardów lat realizuje swoje przedsięwzięcia bez konsultowania ich z zainteresowanymi stronami, co w innych okolicznościach mogłoby doprowadzić do poważnych zastrzeżeń ze strony administracji.¹
W przypadku Leszka postanowiła kontynuować tę tradycję.
Pewnego dnia okazało się bowiem, że w jego klatce znajdują się dwie dodatkowe świnki morskie.
Nie przyniesiono ich z innego pomieszczenia, nie przyjęto na podstawie zgłoszenia i nie znaleziono pod drzwiami Centrum w kartonowym pudełku. Pojawiły się w sposób doskonale znany biologii, choć w danych okolicznościach raczej niespodziewany.
Leszek urodził dwoje dzieci.
Kierownictwo musiało poświęcić chwilę na przemyślenie tej informacji, ponieważ zgodnie z dotychczasową wiedzą Leszek był samcem, a samce świnek morskich nie rodzą potomstwa. Jest to jedna z tych zasad biologii, które uważa się za na tyle dobrze ustalone, że nie wymagają codziennego potwierdzania.
Powstały zatem dwie możliwości. Albo Leszek dokonał odkrycia, które wymagałoby gruntownego przepisania podręczników zoologii, albo informacje przekazane przy jego przyjęciu zawierały pewną nieścisłość.
Kierownictwo, choć perspektywa zapisania się w historii nauki była niewątpliwie kusząca, skłoniło się ku drugiemu wyjaśnieniu.
Leszek był samicą.
Co więcej, był samicą już od dłuższego czasu i najwyraźniej nie uważał za konieczne informowania o tym kogokolwiek. Całe zamieszanie wynikało wyłącznie z ludzkiego przekonania, że skoro coś zostało nazwane i opisane, rzeczywistość powinna dostosować się do otrzymanych informacji.
Leszek nie tylko nie zamierzał się dostosowywać, ale właśnie przedstawił dwa niewielkie, żywe dowody na to, że wcześniejsza dokumentacja wymaga korekty.
Sama zainteresowana nie wykazywała szczególnego przejęcia odkryciem Kierownictwa. Z jej punktu widzenia nie zaszła żadna zmiana wymagająca wyjaśnień. Była samicą przed przybyciem do Centrum, pozostawała nią podczas aklimatyzacji i nie przestała nią być tylko dlatego, że ktoś wpisał coś innego do odpowiedniej rubryki.
Człowiek natomiast posiada osobliwą zdolność do przeżywania głębokiego zdumienia w chwili, gdy rzeczywistość okazuje się niezgodna z jego własnymi notatkami.
Narodziny dwojga dzieci spowodowały konieczność ponownego uporządkowania stanu osobowego. Leszek, który przybył jako pojedynczy samiec, stał się matką trzyosobowej rodziny, a wszystko to wydarzyło się w czasie krótszym, niż Kierownictwo przewidziało na zakończenie zwyczajnych procedur związanych z przyjęciem nowego mieszkańca.
Pozostawała jeszcze kwestia imion.
Ludzie od dawna nadają imiona niemal wszystkiemu, co wpadnie im w ręce, od dzieci i zwierząt po statki, burze oraz szczególnie kapryśne urządzenia gospodarstwa domowego. Jest to zwyczaj zrozumiały, ponieważ znacznie łatwiej zdenerwować się na pralkę imieniem Barbara niż na bezosobowy mechanizm służący do obracania mokrych ubrań.
Nowi mieszkańcy Domu Gryzoni otrzymali imiona Mieczysław i Grażyna.
Były to imiona poważne, o bogatej tradycji, sugerujące osoby posiadające doświadczenie życiowe, ustabilizowaną sytuację zawodową i wyrobione poglądy na temat porządku w gospodarstwie domowym. Ich właściciele byli tymczasem dwiema młodymi świnkami morskimi, których największym osiągnięciem było dotychczas przyjście na świat.
Nie stanowiło to szczególnej przeszkody. W historii ludzkości zdarzali się przecież władcy, którzy otrzymywali swoje tytuły, zanim nauczyli się samodzielnie siadać, a mimo to ich otoczenie uważało za stosowne zwracać się do nich z należytym szacunkiem.
Kierownictwo uznało więc, że Mieczysławowi i Grażynie należy dać czas na dorastanie do własnych imion.
W ten sposób powstała rodzina, której opis wymagał pewnej dyscypliny językowej. Mieczysław był synem Leszka, Grażyna córką Leszka, a Leszek matką obojga, co stanowiło zestaw informacji całkowicie prawdziwych, lecz mogących wzbudzić podejrzenia u każdego urzędnika, który nie znał okoliczności sprawy.
Trzeba przyznać, że język polski zachował się w tej sytuacji z pewną godnością. Pomimo licznych komplikacji nie zażądał sprostowania aktu urodzenia ani zmiany imienia matki. Kierownictwo również postanowiło nie ingerować w to, co najwyraźniej funkcjonowało bez jego pomocy.
Życie rodziny Leszka toczyło się dalej, choć w miarę upływu czasu stało się jasne, że przyroda nie zakończyła jeszcze swojego udziału w reorganizacji Centrum.
Mieczysław dorastał, a wraz z nim pojawiła się potrzeba zapewnienia mu odpowiedniego towarzystwa i oddzielenia od matki oraz siostry. Samce świnek morskich osiągają bowiem dojrzałość płciową stosunkowo wcześnie, nie przejawiając przy tym zainteresowania ludzkimi pojęciami pokrewieństwa ani zasadami prowadzenia gospodarstwa rodzinnego.
Mieczysław trafił więc do Teddy'ego, który zakończył już leczenie grzybicy i mógł przyjąć nowego współlokatora.²
Była to kolejna zmiana w życiu zwierzęcia, które jeszcze niedawno nie istniało w żadnym rejestrze, a teraz posiadało już imię, historię rodzinną i własną przeprowadzkę.
Kierownictwo przyjęło tę okoliczność ze spokojem wynikającym przede wszystkim z faktu, że po wydarzeniach związanych z Leszkiem jego oczekiwania wobec przewidywalności życia zostały znacznie ograniczone.
W dokumentacji dokonano stosownych zmian. Poprawiono informacje dotyczące płci, odnotowano narodziny, nadano imiona, a następnie uwzględniono przeprowadzkę Mieczysława. Wszystko się zgadzało, przynajmniej według wiedzy, jaką dysponowano w danym momencie.³
Pozostała jedynie kwestia imienia Leszek.
Od czasu do czasu ktoś sugerował, że skoro Leszek okazał się samicą, być może należałoby nadać mu imię bardziej odpowiadające przyjętym zwyczajom.
Kierownictwo rozważało ten pomysł, ale nie znalazło przekonującego uzasadnienia. Leszek był Leszkiem, zanim trafił do Centrum, był Leszkiem w chwili narodzin Mieczysława i Grażyny i nie dał żadnego powodu do przypuszczeń, że chciałby nazywać się inaczej. Zmiana imienia byłaby więc przedsięwzięciem służącym wyłącznie poprawie samopoczucia ludzi, których poczucie porządku zostało naruszone przez niewielkiego gryzonia.
Ostatecznie uznano, że skoro Leszek bez trudu poradził sobie z macierzyństwem, Kierownictwo powinno potrafić poradzić sobie z Leszkiem.
I tak pozostało.
Gdzieś w dokumentacji Domu Gryzoni nadal istnieje zatem zapis informujący, że Mieczysław i Grażyna są dziećmi Leszka. Jest on całkowicie prawidłowy, zgodny z rzeczywistością i nie wymaga żadnych poprawek, choć zapewne jeszcze niejeden człowiek spojrzy na niego z podejrzliwością.
Leszek natomiast nie zgłaszał zastrzeżeń.
Być może dlatego, że przez cały czas wiedział o sobie coś, czego Kierownictwo dopiero musiało się dowiedzieć.
A być może dlatego, że w przeciwieństwie do ludzi nigdy nie uważał imienia za sprawę szczególnie ważną.
W końcu nawet najbardziej wyszukane imię nie nadaje się do jedzenia.
Przypisy
¹ Natura od kilku miliardów lat zajmuje się organizowaniem narodzin, śmierci i wszystkich wydarzeń pomiędzy nimi. Nie posiada przy tym żadnej znanej centrali telefonicznej, działu reklamacji ani obowiązku udzielania odpowiedzi w terminie czternastu dni. Kierownictwo Domu Gryzoni uważa, że gdyby podobny model działalności zastosowała jakakolwiek instytucja prowadzona przez ludzi, sprawą natychmiast zainteresowałyby się odpowiednie organy.
² Teddy, zanim został współlokatorem Mieczysława, musiał zakończyć leczenie grzybicy. Nie należy z tego wyciągać wniosku, że planował wspólne zamieszkanie. Świnki morskie na ogół nie uczestniczą w podejmowaniu decyzji lokalowych w sposób przewidziany przez ludzkie prawo, choć potrafią później bardzo stanowczo wyrażać opinię na temat przydzielonego im towarzystwa.
³ Prowadzenie ewidencji zwierząt wymaga dokładności i systematyczności. W przypadku Domu Gryzoni dochodzi do tego konieczność zachowania pewnej pokory wobec rzeczywistości. Kierownictwo przypomina sobie bowiem przypadek pięciu koszatniczek, których chwilami było sześć, i od tamtej pory niechętnie używa określenia "stan ostateczny".
⁴ Imię Leszek jest tradycyjnie imieniem męskim. Nie istnieją jednak dowody wskazujące, że jego posiadanie wpływa na funkcjonowanie układu rozrodczego świnek morskich. Kierownictwo nie zamierza finansować badań mających ostatecznie potwierdzić tę zależność, ponieważ uważa, że Leszek dostarczył już wystarczająco przekonujących wyników eksperymentalnych.
² Teddy, zanim został współlokatorem Mieczysława, musiał zakończyć leczenie grzybicy. Nie należy z tego wyciągać wniosku, że planował wspólne zamieszkanie. Świnki morskie na ogół nie uczestniczą w podejmowaniu decyzji lokalowych w sposób przewidziany przez ludzkie prawo, choć potrafią później bardzo stanowczo wyrażać opinię na temat przydzielonego im towarzystwa.
³ Prowadzenie ewidencji zwierząt wymaga dokładności i systematyczności. W przypadku Domu Gryzoni dochodzi do tego konieczność zachowania pewnej pokory wobec rzeczywistości. Kierownictwo przypomina sobie bowiem przypadek pięciu koszatniczek, których chwilami było sześć, i od tamtej pory niechętnie używa określenia "stan ostateczny".
⁴ Imię Leszek jest tradycyjnie imieniem męskim. Nie istnieją jednak dowody wskazujące, że jego posiadanie wpływa na funkcjonowanie układu rozrodczego świnek morskich. Kierownictwo nie zamierza finansować badań mających ostatecznie potwierdzić tę zależność, ponieważ uważa, że Leszek dostarczył już wystarczająco przekonujących wyników eksperymentalnych.