Kiedy myślimy o kościelnych cudach, zazwyczaj wyobrażamy sobie uzdrowienia albo objawienia. Jednak w XVIII wieku w Ameryce Południowej wydarzył się „cud” biurokratyczny, który sprawił, że największy gryzoń świata zyskał płetwy. Przynajmniej na papierze.

Wielki Post to dla katolików czas wyrzeczeń. Przez wieki zasada była prosta i surowa: w piątki oraz przez 40 dni przed Wielkanocą mięso jest zakazane. Dozwolone są tylko ryby.

Dla europejskich duchownych sprawa była jasna. Dla misjonarzy, którzy w XVIII wieku trafili do dżungli dzisiejszej Wenezueli, sprawa zaczęła się komplikować. Zapasy z Europy się kończyły, a lokalne rzeki i szuwary pełne były dziwnego zwierzęcia, które tubylcy nazywali chigüire.

My znamy je dzisiaj jako kapibarę.

Dylemat głodnego zakonnika

Misjonarze mieli problem. Kapibary były łatwo dostępne, duże (mnóstwo białka!) i - co najważniejsze - pyszne. Miały jednak jedną wadę: były ssakami. Posiadały futro, cztery łapy i karmiły młode mlekiem. Zjedzenie ich w czasie postu groziło grzechem śmiertelnym.

Ale głód jest matką wynalazków, a w tym przypadku - matką teologicznej gimnastyki. Duchowni zaczęli przyglądać się kapibarze bardziej „kreatywnym” okiem.

Zauważyli, że zwierzę to spędza większość życia w wodzie. Potrafi wstrzymać oddech na pięć minut. Co więcej, między palcami ma błonę pławną, która ułatwia pływanie. Wniosek nasunął się sam: skoro żyje w wodzie jak ryba, pływa jak ryba i ma błony pławne (prawie jak płetwy!), to czy nie może być rybą?

List do Watykanu

Misjonarze postanowili nie ryzykować własnego zbawienia i wysłali oficjalne zapytanie do Rzymu. List do Papieża zawierał barwny opis zwierzęcia, kładący nacisk na jego wodny tryb życia, łuskowatą skórę na łapach i „rybny” posmak mięsa (co było lekkim naciągnięciem faktów, bo kapibara smakuje bardziej jak delikatna wieprzowina).

Pytanie brzmiało: Czy to stworzenie, które Bóg umieścił w wodzie, może być spożywane podczas Wielkiego Postu?

Kościelni decydenci, nie chcąc skazywać misjonarzy na głód na końcu świata, przyjęli pragmatyczne rozwiązanie. Kapibara nie przestała być ssakiem, ale w praktyce postnej potraktowano ją jak rybę. Teologia wygrała z anatomią - przynajmniej przy stole.

Kulinarna tradycja, która przetrwała

Decyzja ta, choć z biologicznego punktu widzenia absurdalna, miała ogromne konsekwencje kulturowe. Dzięki papieskiemu „błogosławieństwu”, kapibara stała się podstawą wielkopostnej diety w Wenezueli.

Do dziś, setki lat później, w tygodniach poprzedzających Wielkanoc, w wenezuelskich domach króluje Pisillo de Chigüire. To tradycyjna potrawa z suszonego, solonego mięsa kapibary, podawana z ryżem i smażonymi bananami. Dla wielu Wenezuelczyków smak kapibary jest tak samo nieodłącznym elementem świąt, jak dla nas karp czy żurek.

Natura vs Teologia

Historia ta uczy nas jednego: systematyka biologiczna to jedno, a potrzeba chwili to drugie. Karol Linneusz mógł zaliczyć kapibarę do gryzoni, ale to Watykan miał ostateczne słowo przy obiadowym stole.

Gdy więc następnym razem zobaczysz w internecie filmik z kapibarą relaksującą się w gorącym źródle, spójrz na nią z szacunkiem. To jedyne zwierzę na świecie, które jest jednocześnie włochatym gryzoniem i - na mocy watykańskiego dekretu - honorową rybą.